
Na oddziale szpitalnym było naprawdę nieźle. Uroków państwowej służby zdrowia doświadczyłam dopiero po.
Przyszedł list, polecony, odpowiednio opieczętowany, ologowany i zurzędolony, że mnie uprzejmie, acz stanowczo zaprasza się na konsultację do przychodni przyszpitalnej. W dniu, o godzinie. Podpis z pieczecią. Tyle.
Wyznaczonego dnia wstałam o świcie, jeszcze przed dzieciorami, ogarnęłam się jako tako i wyruszyłam. Wbiłam się w korki, przebrnęłam, zaparkowałam, wrzuciłam monety do parkomatu. Wkroczyłam do szpitala od strony przychodni i nawet się zdziwiłam uprzejmie brakiem kolejki do rejestracji. I na tym uprzejme zdziwienia się skończyły, a zaczęły zdziwienia zupełnie innego charakteru.
- Skierowanie poproszę - szczeknęła panienka z okienka.
Odpowiedziałam spokojnie i zgodnie z prawdą, że nie mam, bo to szpital zaprosił mnie na konsultację, a nie ja się o nią staram. Nie zostało to jednak zrozumiane. Panienka poszczekała z dwiema koleżankami i wydała wyrok:
- Przyjmiemy panią, ale musi nam pani przynieść skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu. Tylko z dzisiejszą datą!
Zgodziłam się, bo cóż innego mi pozostało.
- Gabinet 10. Pan profesor będzie panie prosił.
W sensie, że do gabinetu po nazwisku zawoła.
Czekając pod gabinetem zadzwoniłam do "mojej" pani doktor (która nota bene pracuje w rzeczonym szpitalu) referując jej kwestię skierowania. Miała inne zdanie na ten temat niż szczekająca panienka z okienka. Wizyta jest "poszpitalna" i na nią skierowania nie trzeba. OK. Zostawiam to, jak jest. Nie będę się martwić cudzą biurokracją.
Profesor nie przyszedł. Ale przysłał zastępstwo, nawet punktualnie. Zastępczy doktor nie wołał do gabinetu po nazwisku, więc gromadka pacjentek musiała szybko zorganizować komitet kolejkowy. Kiedy nadeszla moja kolej pan doktor wypadł jak strzała z gabinetu, rzucił rzez ramię "Zapraszam!" i pognał w siną dal zostawiając drzwi otwarte. Domyśliłam się, że powinnam wejść i zaczekać w środku, ale nie skorzystałam. Poczekałam, aż doktor powrócił z sinej dali.
Pan doktor przedstawił mi diagnozę wynikającą z przeprowadzonych w szpitalu badań, odpowiedział na wszystkie moje pytania, ale wyraźnie zmierzał do tego, by mi uniemożliwić stawianie kolejnych. Zalecenie - umówić się do lekarza prowadzącego, który ustali dalsze postępowanie.
To po co mnie zapraszano? Przecież i tak miałam się umówić do "mojej" pani doktor na obgadanie wyników i dalszych planów. Po cholerę mnie denerwowali poleconym listem, zrywali o świcie z łóżka, gonili przez korki całego miasta w godzinach szczytu? Żeby mi powiedzieć, że mam się umowić na wizytę? Jedyna korzyść, że dostałam do ręki kwit z diagnozą. Która nie była jakoś szczególnie obszerna, ani złowieszcza i można mi ją było przekazać przez telefon zamiast wpędzać mnie w czarne myśli poleconą korespondencją.
Pan doktor wyprowadził mnie z gabinetu i - jak poprzednio - pognał w siną dal pędąc mnie przed sobą jak owieczkę. Siną dalą okazała się rejestracja, gdzie pan doktor rzucił tekę z moimi medycznymi kwitkami szczekającej panience z poleceniem "Skserować". I zniknął. No to pa.
- Co ja mam pani kserować tutaj? - hau, hau, hau.
- Proszę pani - zaczęłam powoli, żeby dać sobie czas na zebranie myśli - ja nie jestem lekarzem i nie wiem, co z tej dokumentacji jest istotne, a co już nieaktualne. I nie wiem, co mi będzie potrzebne przy kolejnej wizycie. Proszę o ksero tych wyników, które powinnam mieć ze sobą przy konsultacji poza szpitalem.
Mam wrażenie, że panienka wyłączyła nasłuch w połowie drugiego zdania. Pogulgotała jeszcze jakimiś pretensjami w moją stronę i ruszyła z kopiowaniem rzuciwszy:
- Pan doktor kazał kserować wyniki z ostatniego pobytu.
Skoro tak powiedział, to po co mnie pytała?
Dostałam plik kartek z niezrozumiałymi dla mnie ciągami cyferek. I musiałam za nie zapłacić. Ksero - 75 groszy za stronę.
Mam się - być może niesłusznie - za istotę myślącą, w dodatku logicznie. W zetknięciu z twierdzami NFZ logika i myślenie są bezużyteczne, wręcz szkodliwe. Tylko niepotrzebnie się zastanawiam, po co mnie zapraszali, skoro i tak leczyć się mam gdzie indziej i u kogo innego. I dlaczego mam zdobywać skierowanie, skoro zostałam zaproszona? A skoro już potrzebują skierowania, dlaczego nie napisali mi tego w liście. Było miejsce na jeszcze kilka zdań.
Ale w zasadzie jestem wdzięczna, że nie zderzyłam się z większymi absurdami, o których wiem z opowieści moich Teściow. Oni to dopiero mają jazdę bez trzymanki!