Mała to jamochłon - jej jama chłonąco-trawiąca pożre wszystko, co się do konsumpcji nadaje i zawsze ma apetyt na jeszcze.
Jamochłon dzień zaczyna skoro świt wołaniem naglącym z łóżeczka:
- Mamo, mamo, jus obudziłam. Choć, choć do kuchni na mleko. Na mleeeetkoooo....
Z Małą pod pachą wlokę się więc do kuchni, gdzie do pożądanego "mletka" dosypuję podstępnie dwie miarki kaszki, mając nadzieję, że te dodatkowe kalorie zapchają jamochłona na trochę dłużej.
Ledwo się okrzątnę po kuchni, przychodzą moi panowie - duży i mały - i wszyscy razem siadamy do śniadania. Mała gramoli się na krzesło i woła:
- Mamo, siadanie popose jakieś swoje!
No i dostaje, co tam sobie zachce, albo co jest pod ręką. Drugi wariant jest taki, że włazi mi na kolana i wyżera śniadanie moje własne.
Niebawem wyruszamy odeskortować Przedszkolaka do jego fabryki. Niedaleko mamy, ale wystarczająco, żeby Mała zgłodniała i zażądała wizyty w osiedlowym sklepiku:
- Mamo, mamo, na logala idziemy jus! I bułe, i buuułeee!!!
Z rogalem wielkim jak pół jej twarzy kroczy dumnie i nim dotrzemy do domu pochłania przynajmniej połowę. W domu jeszcze w butach i kurtce pędzi do kuchni:
- Mamo, mamo, obejzymy owocki?
Oglądamy więc owocki, a każdy z nich Mała wita entuzjastycznym okrzykiem:
- O! Wigonona!!! Huła!!! I gejfut!!! O!!! Mamo, mamo, kiwa chce, das kiwa?
I już wyjmuje z szafki swoją miseczkę i powiewając nią radośnie pędzi, by się nóg mych uczepić. Szamocząc się z moją nogawką podskakuje niecierpliwie, póki nie oddam jej miseczki napełnionej wybranym owockiem.
A ja sprintem muszę jakąś zupę dziergać, bo nie minie chwil wiele, a jamochłon zaćwierka:
- Mamo, mamo, zupka? Zupke będe jadła?
Drzemka. A zaraz po:
- Obudziłam jus. Idziemy do kuchni.
Jeśli przypadkiem obiad jeszcze nie gotowy, muszę dać jamochłonowi łapówkę jakąś, żeby przetrwać krytyczne minuty, kiedy to ziemniaki dochodzą, czy mięso dobiega.
Obiad pochłonięty, to powoli czas się zbierać Przedszkolaka z fabryki odebrać. Na drogę bierzemy obowiązkowo - a jakże - owocek jakiś, zwykle banan, bo najmniej kłopotliwy w konsumpcji na świeżym lufcie. Chłody nadciągają, więc pewnie niebawem będziemy sobie robić piknik w przedszkolnej szatni, żeby jamochłon nie chłonął na mrozie.
Zanim dotrzemy z powrotem do domu siła wzmocnionej grawitacji wciąga jamochłona ponownie do sklepu spożywczego. Mała ścieżkę ma już opracowaną - do działu "Pieczywo" rączym truchtem:
- Mamo, buła jest, zobac, buła z pestkami!!!
Najpierw wygryzione zostają "pestki", co zajmuje jamochłonowi czas mniej więcej do wejścia za próg naszego mieszkania. Po rozpakowaniu z czapek, szalików, kurtek, butów następuje konsumpcji ciąg dalszy. I nie wiadomo kiedy robi się wieczór, a wraz z nim nieuchronnie nadciąga czas kolacji.
- Dzieci, kto będzie jadł naleśniki (parówki/jajo/cokolwiek)? - pytam moją trzódkę kotłującą się między łazienką a kanapą.
- Ja, ja, jaaaa!!! - chyba jasne kto wydaje ten okrzyk.
A że noc długa, to jeszcze flacha "mletka" się należy przed snem.
Przedszkolak to przegrzebek - przegrzebie nieco w talerzu, połowę zostawi. Podczas gdy Mała pochłania śniadanie, on smętnie pochrupuje swoje płatki. Co i ile je w przedszkolu - nie wiem i niech tak zostanie, bo co się mam denerwować czymś, na co nie mam bezpośredniego wpływu. Ożywia się na etapie popołudniowej buły prosto ze sklepu i w porze kolacji, jeśli naleśnik z Nutellą. Wiadomo, że z zup jada tylko rosół oraz czasami w przypływie łaski - pomidorową. Z tzw. drugiego dania wydłubuje ziemniaki i ewentualnie jakąś jarzynę. Z owoców - tylko jabłka, pokrojone w plasterki o znormalizowanym kształcie godnym ISO 90210, obrane ze skórki of kors. Mięso - jedynie w dni szczególnie dobrego humoru. O każdej porze jednak: czekolada i wszelkie pochodne, makaron bez dodatków, sucha buła, orzechy nerkowca.
Gdzie Mała mieści to, co pochłonie - nie wiadomo. Z czego żyje Przedszkolak - trudno powiedzieć. Może są jak naczynia połączone i z tego co Mała pochłonie a Przedszkolak przegrzebie robią sobie jakąś średnią ważoną (nomen-omen), bo od zawsze obydwoje orbitują wokół dziesiątego centyla.