Wpisy z tagiem: korporacja

poniedziałek, 20 lutego 2012

Zdarza się kurze domowej w wielki świat czasami wyruszyć. W ramach wycieczek krajoznawczych byłam ci ja ostatnio w pewnej korporacji. No pięęęknie! Aż dech zapiera! Windy cichobieżne, marmury głaciutkie zimniutkie, bezustannie froterowane przez smutnego pana na traktorze, drzwi ogromne kręcą się cicho mrucząc. Wszędzie lustra ogromne, pokazujące mi moją małość i marność względem wielkiego świata. Cichobieżne wykładziny, nieotwieralne okna na całą ścianę, ufokształtne fotele przy biurkach... Dizajn i glamur! 

Zza ustawionych w starannie zaprojektowany rządek biurek wystają nieznacznie szarawe twarze pracowników. Korporacyjny wyraz twarzy nie przewiduje uśmiechu w standardzie. Jak również w normach pracy nie ma miejsca na kwiaty w doniczkach, dyskretnie grającą muzyczkę, czy jakiekolwiek inne elementy mogące choć trochę ocieplić i uczłowieczyć atmosferę pracy. Żeby przypadkiem klienci nie pomyśleli, że ktoś tu jest nieprofesjonalny. Takie wymagania rynku - powie pewnie lokalny władca-dyrektor rozkładając ręce w geście bezradności. Co ma znaczyć: "Nie, no ja to jestem dusza-człowiek, cacany taki, ale wiecie, RYNEK ma swoje wymagania, firma musi robić odpowiednie wrażenie i pi-ar. Zresztą, ludzie źle nie mają - biuro piękne, nowoczesne, komputery, każdy ma swoje miejsce. A że okna się nie otwierają, muzyka nie gra, światło dzienne nie dociera przez ciemne szyby - no już bez przesady! Ludziom się w dupach przewraca!".

Siedzą więc pracownicy, każdy przy swoim metrze kwadratowym biurka, z przydziałowym długopisem i koszem na śmieci. Oddzieleni od siebie połściankami. Siedzą na nowoczesnych krzesłach i dziubią w klawiatury komputerów. Wypisz wymaluj chów klatkowy drobiu. Gdyby znosili jajka, miałyby stempelek z "3" na początku. Ale ferma nowoczesna, światowe standardy.

Jeśli to kogoś uszczęśliwia, to niech będzie, że się czepiam.

Nie twierdzę, że u mnie byłoby "0", czyli chów ekologiczny. Ekologiczni to są moi znajomi, którzy w górskiej głuszy mieszkają, hodują własne warzywa, oddychają czystym powietrzem i widoki mają przepiękne na świat. W jajkowej klasyfikacji swój kurnik uplasowałabym gdzieś między "1" a "2" - chów na wolnym wybiegu, tylko okoliczności przyrody mało zachwycające: osiedlowy trawnik obficie nawożony psimi kupami to jednak nie to samo, co bieszczadzkie połoniny...

środa, 14 grudnia 2011

Czasami czka mi się wspomnieniami z czasów, gdy jeszcze kurą biurową byłam. To się dziś jednym czknięciem podzielę.

Dawno, dawno temu miałam takiego biurowego kolegę - handlowca. Niesympatyczny, zarozumiały, egocentryczny. W relacjach z ludźmi stosujący taktykę na-wszelki-wypadek-pogardzam. Nudny. Malkontent, od rana do nocy wymarudzający nieskończoną ilość pretensji do wszystkich i o wszystko. Ale wyniki sprzedaży miał najlepsze z całej handlowej gromadki w naszej korporacji. Czy podczas spotkań z klientami przechodził jakąś cudowną przemianę? Nie. Pozostawał marudnym nudziarzem, w rozmowie odburkiwał monosylabami, albo budował zdania wielokrotnie złożone, nafaszerowane korposłownictwem, których nikt oprócz niego nie rozumiał. A najmniej klient. Poparskiwał półgębnym pogardliwym uśmieszkiem przy każdej próbie dialogu podejmowanej desperacko przez zdezorientowanego klienta. Po czym wracał do biura... powiewając kolejnym podpisanym kontraktem i gardząc wszystkimi jeszcze bardziej.

Wielu zastanawiało się, z czego wynika jego skuteczność. No bo na pewno nie z dobrych relacji z klientami. I nie z umiejętnego przedstawienia produktu jako godnego posiadania. 

Wczoraj napadł na mnie telefonicznie i zmolestował chłopiec z banku. W celu zmuszenia mnie do posiadania karty kredytowej. Był niesympatyczny, marudny, pogardliwy... Użył wszystkich argumentów, na które mam ostrą mentalną alergię:

"Przygotowaliśmy ofertę specjalnie dla pani" - czytaj: obdzwaniamy wszystkich i wciskamy im jeden kit.

"To karta bez opłat" - czytaj: nie zapłacisz za to, za co spodziewasz się zapłacić, ale wydoimy z ciebie dwa razy tyle, kiedy będziesz najmniej czujna.

"To do niczego pani nie zobowiązuje" - czytaj: oprócz tego, co zapisaliśmy w umowie drobnym druczkiem, ale mamy nadzieję, że jesteś naiwną kretynką i tego nie przeczytasz.

Na moje argumenty kontra odpowiadał tonem obrażonym, dając mi odczuć, że rozmowa ze mną jest znacznie poniżej jego godności i powinnam być szaleńczo szczęśliwa i bezgranicznie wdzięczna, że pomimo tego zechciał do mnie zadzwonić i usty swemi wyrzec słów kilka do tak marnej istoty jak ja. Kłaniać się majestatu i po piętach całować.

Nie mam najmniejszego zamiaru zaposiadania nowej karty kredytowej. W ogóle jestem przeciwko kredytom wszelkiej maści i marzę o dniu, kiedy już się od nich uwolnię. A jednak zgodziłam się, i to dość szybko, żeby przesłał mi umowę. Byle tylko już go nie słuchać. 

Może sekret skuteczności mojego korporacyjnego kolegi-handlowca tkwi właśnie w tym - klienci zrobią wiele, nawet wydadzą kupę forsy, żeby już nie mieć z nim do czynienia. Musiałam się odbiurowić i udomowić oraz stać się obiektem napaści handlowych, żeby zbliżyć się do tajemnicy skutecznej sprzedaży! Może gdybym znała ją wcześniej, zrobiłabym spektakularną karierę i tarzałabym się w wysokich prowizjach. A ja, głupia, stawiałam na dobre relacje z ludźmi.

I tak mi zresztą zostało, tyle, że z wiekiem wzrósł nieco poziom asertywności. Umowy na tę cudowną, darmową, specjalnie dla mnie przygotowaną, niezobowiązującą kartę kredytową oczywiście nie podpiszę. Boję się tylko, że chłopiec-bankowiec ma w procedurze telefoniczne followupowanie. Postanowiłam sobie jednak, że jeśli jeszcze raz do mnie zadzwoni, na chwilę zapomnę o relacjach i skorzystam z zasobów asertywności. 

czwartek, 24 listopada 2011

Gotowanie, sprzątanie i hodowlę dzieciorów mam wpisane w kurzy etat na mur. Bez wolnych weekendów i świąt. Zdarza się też praca na akord - lepienie wigilijnych pierogów na przykład, umowy o dzieło - okazjonalne kostiumy dla Przedszkolaka na różnej maści bale i przedstawienia i umowy zlecenia - na mycie okien, albo przekop przez zawartość piwnicy. Już same obowiązki etatowe wypełniają w całości czas pracy kury domowej, czyli codzienność od bladego świtu do późnej nocy. Akord, zlecenia i dzieła daje się upchnąć jakoś w czasie drzemki Małej, kosztem spiętrzenia brudnych garów w kuchni, czy podczas pacyfikacji nieletnich bajkami w TV. No i są jeszcze projekty...

O ile robotę na akord, dzieło czy zlecenia daje się zrealizować spinając pośladki i zaciskając zęby (lub odwrotnie), to projekty upchnąć wśród codziennych obowiązków trudniej - trwają dłużej niż możliwość spięcia pośladków. Żeby nie być gołosłowną: aktualnie mam na warsztacie projekt "Rewolucja w finansach domowych", projekt "Remont sypialni i pomieszczeń przyległych", projekt "X" objęty klauzulą "nie ujawniać, nie zapeszać". A tu jeszcze niespodziewanie okazało się, że mamy listopad i że on zaskakująco blisko sąsiaduje z grudniem, więc trzeba się już rozpędzać w projekcie "Boże Narodzenie". Każdy z projektów oczywiście obfituje w zadania, podzadania, nadzadania, ma swój kalendarz prac, a nawet dwa: życzeniowy i realistyczny. Jako szefowa wszystkich projektów domowych zarządzam nimi, dzielę robotę, ustalam terminy, rozliczam z realizacji. Czyli: robię sama ile tylko mogę i jeszcze trochę, wywierając na siebie presję czasu i przyjmując na klatę kolejne fale frustracji. Mąż Mój Ukochany ma zazwyczaj dwa niezwykle istotne zadania w każdym projekcie: dostarczyć środki na realizację oraz reanimować moje morale zwane też motywacją do działania, kiedy zanadto więdnie i cucić ocenę sytuacji, gdy przestaje być trzeźwa. Poza tym, kiedy wir projektu się wzmaga, wsysa go także w pomniejsze zadania, podzadania i nadzadania. 

W korporacji, gdzie sterta papierologii na biurku oraz liczba dodawanych na moją głowę zadań zawsze rosła, nie odwrotnie, choćbym nie wiem jak bardzo się starała, mogłam chociaż nawymyślać szefowi od kapitalistycznych wyzyskiwaczy, idiotów, upośledzonych społecznie tyranów i różnych takich, niecenzuralnych w większości. Za jego plecami rzecz jasna. A teraz sama jestem sobie szefem, więc jak - sobie mam nawymyślać? No, mogę, ostatecznie, ale za własnymi plecami to już nie dam rady.

Zresztą... Zaraz, zaraz... Właściwie nie mam powodów do wymyślań. Chociaż lekko nie jest, ale:

Sama decyduję, co robię, czy robię, kiedy i jak.

Robię to, w co wierzę, uważam za warte wysiłku, do czego jestem przekonana.

Pracuję tyle, ile mogę, a jak mi sił nie wystarcza, to robię sobie przerwę i nikt krzywo na mnie nie patrzy, że to jeszcze nie pora lunchu.

Moje obowiązki mają obowiązek harmonijnej współpracy z oraz szacunku dla moich wyżów i niżów kondycji fizycznej, emocjonalnej i wszelkiej innej.

Mogę i chcę być w swej pracy uczciwa. W korporacji prędzej czy później zaczynasz kręcić, kombinować, stosować półprawdy lub po prostu kłamać, bo to jedyny skuteczny sposób obrony granic własnej wytrzymałości. Jeśli tego nie robisz, będziesz tyrać coraz więcej, aż skończysz jak Nasza Szkapa w kopalni. 

Dostaję 100% wynagrodzenia - jak ulepię 78 pierogów, to mi od nich ZUS i skarbowy niczego już nie odliczą. Premie bywają często i obficie. Choćby "Mamo, jesteś wspaniała!!!" wykrzyczane przez Przedszkolaka, kiedy mu lico przemalowałam na Spidermana.

No, jak by nie patrzeć, robota moich marzeń.

A w CV w dziale "Umiejętności i doświadczenie" mogę sobie dopisać zarządzanie projektami według metodologii własnej. Niecertyfikowane, ale Mąż Mój Ukochany (MMU) w każdej chwili chętnie wystawi entuzjastyczne referencje.

wtorek, 08 listopada 2011

Zadzwoniła do mnie przyjaciółka - Kura Z Konieczności Korporacyjna. Wygląda na to, że korporacyjny kurnik niewiele się zmienił od czasu, gdy i moje kurze łapki co rano obcasami stukały galopując do biura. Kolejność dziobania wciąż ta sama. Centrala zza morza dziobie zarząd tutejszy. Zarząd tutejszy dziobie kierownictwo pośredniego szczebla, a na końcu po łbach obrywają specjaliści, czyli normalni pracownicy, którzy dalej już nie mają kogo dziobnąć. Chyba, że - mimo spędzania w biurze 29 godzin na dobę - szczęśliwym trafem w jakiejś przerwie na lunch udało im się założyć rodzinę, wtedy zawsze można dziobnąć współmałżonka oraz kurczęta.

Z zamorskiej centrali wciąż dochodzą gniewne pomruki, bo wartkość strumienia kasy niezgodna z założeniami. Sprzedawać, sprzedawać, jeszcze więcej sprzedawać - pokrzykują więc rodzimi szefowie i zwiększają dawno już nierealne sprzedażowe cele. Sprzedają już wszyscy w firmie - i handlowcy i pracownicy merytoryczni i personel pomocniczy. Niezależnie od tego, czy mają do tego predyspozycje, umiejętności i chęci. Jeszcze tylko księgowa się ostała, ale i na nią niebawem znajdzie się sposób, żeby trochę chociaż posprzedawała, choć maleńki targecik na początek, potem rzecz jasna systematycznie i spektakularnie zwiększany. A jak nie, to się ją "zoptymalizuje" i wyoutsourcuje, bo zarząd już patrzeć nie może, jak się toto sprzedażowo obija.

Jak już wszystkich zaprzęgnięto do sprzedażowego wózka, to się ich systematycznie bacikiem po pęcinkach smaga. Osiągnęli założone cele? - znaczy potrafią - niech sprzedają więcej. Nie realizują celów - zwiększa się cele - niech sprzedają więcej! A na zachętę wprowadza obowiązek wykonania tak ze 30 telefonów do klientów. Dziennie ma się rozumieć. Jak dużo podzwonią, to coś w końcu sprzedadzą. Kryzys nastał? - niech sprzedają więcej!! Że co? Że klienci tną wydatki i nie chcą kupować? A co to kogo obchodzi. Ma być nasprzedawane w pip i jeszcze trochę, a jak nie, to zamorska centrala przyśle egzekutora, który zwolni połowę zespołu, a reszcie oczywiście podniesie cele sprzedaży, bo rachunek końcowy musi się zgadzać.

A jak się pracowników do tej rozhulanej sprzedaży motywuje? Ano na przykład w piątkowe popołudnie, kiedy już wszyscy myślą o chwili wytchnienia w weekend, wpada szef, tak mimochodem, przejazdem rzec można, i zachowując twarz bez jakiegokolwiek wyrazu rzecze: "Na premię to raczej nie macie co liczyć. Jak myślicie, dlaczego tak kiepsko sprzedajecie? Zastanówcie się nad tym przez weekend, w poniedziałek zrobimy sobie burzę mózgów". I wychodzi. Duch premii, której od dawna nikt nie dostał unosi się w powietrzu. 

W tym czasie ja - ptactwo domowe - spaceruję w jesiennym słońcu przyglądając się, jak Mała niestrudzenie zbiera liście i układa z nich "gupiety" (czyli bukiety). A moja mama pyta, kiedy ja chcę wrócić do pracy...

środa, 02 listopada 2011

W świecie biurowym łatwo pielęgnować znajomości. Właściwie same się pielęgnują, jak sztuczna roślinność doniczkowa, popularna jako wystrój biurowych wnętrz (prawdziwe kwiaty nie dadzą się odżywić światłem świetlówek). Wystarczy w odpowiedniej porze zjawić się w mikrokuchni i wetrzeć w tłumek żądny kawowej lurki. Intymniejsze pogaduszki chętnie przygarnia salka konferencyjna lub choćby korytarz za recepcją. 

Gdy byłam kurą biurową, otaczało mnie wielu przyjaciół. Spotkania, rozmowy, grono ludzi, na których mogłam liczyć, ich wsparcie w trudnych dla mnie momentach i vice versa. Gdy się udomowiłam, okazało się, że grono przyjaciół było ściśle związane z biurowością. Stoczyłam się na korporacyjny margines społeczny.

Rozmowy - coraz rzadsze zresztą - traciły wspólny mianownik. No bo o czym może rozprawiać kura domowa - pewnie wygłosi traktat o konsystencji dziecięcej kupy, czy coś podobnego. Nie chciałam już rozmawiać o pracy, biurowych gierkach, awansach, perspektywach, targetach, prowizjach, klientach. Zresztą nie byłam na bieżąco. Miałam jednak i mam do powiedzenia trochę więcej niż spodziewana analiza zawartości pieluchy. Plułam jadem, poczuciem krzywdy i niesprawiedliwości. 

Na marginesie tłumu nie ma, ale okazuje się, że towarzystwo doborowe. Pojawiły się nowe przyjaźnie. Trudniej jest je pielęgnować. Zorganizowanie spotkania z przyjaciółką to nie lada wyzwanie logistyczne - trzeba uwzględnić porę spania i jedzenia jednego dziecięcia, odbiór z przedszkola drugiego, godziny pracy przyjaciółki lub rytm jej dzieciny, mężowe plany okupacji samochodu i jeszcze kilka czynników pomniejszych. 

Teraz myślę, że wygasanie przyjaźni jest naturalne. Z niektórymi ludźmi jest nam po drodze przez całe życie, innych spotykamy, by odbyć z nimi tylko pewien etap podróży. Kiedy kończy się etap, czas się pożegnać, uszanować, z podziękowaniem za wspólną drogę pokłonić. Kłaniam się więc towarzyszom mojej korporacyjnej podróży. Wysiadłam z tego pociągu i pomachałam na pożegnanie. Serdecznie.