
Wszystko, co napisałam o Oddziale E to prawda, sama prawda, lecz nie cała prawda. Należy się posłowie.
Pacjent ma swoje prawa. I zanim zostanie dopuszczony na oddział, musi świadomość tych praw potwierdzić wielokrotnymi podpisami. Na przykład ma prawo do informacji o swoim stanie zdrowia. Oraz do poszanowania własnej godności. I najważniejsze w szpitalu jest, żeby pacjenci o tych prawach wiedzieli. A właściwie nie tyle żeby wiedzieli, ile żeby podpisy były we właściwych miejscach. Kwestia realizowania tychże praw jest drugo-, jeśli nie piętnastorzędna.
Informacji o stanie zdrowia nie udziela się. Z lekarskiej inicjatywy - never! A jak pacjent upierdliwy z pytaniami się rzuca na personel medyczny, to personel potrafi doskonale odpowiadać - wymijająco, mgliście, ogólnikowo, zbywająco. Podejrzewam, że mają specjalne szkolenia z mówienia tak, by nic nie powiedzieć. A pacjenci pytający są uważani za najgorszy gatunek pacjentów, niegodnych dostąpienia zaszczytu przebywania w placówce medycznej i poddawania się medycznym procedurom.
Robi mi doktor USG. Pytam uprzejmie:
- Co widać w tym moim USG, panie doktorze?
Doktor mruczy coś, rezonując z mruczandem drukarki. Liczy na to, że jak mnie nie usłyszy, to pytania nie było. Ale ja upierdliwie drążę:
- Czy wszystko w porządku? Co pan tam w moim środku zobaczył?
Skoro pacjentka lekarza udręcza, to lekarz ma prawo się bronić. Rzecze więc:
- Wszystkiego się pani dowie przy wypisie.
Po czym szybko kończy badanie i umyka z gabinetu.
No to czekam na wspomniany wypis. Przychodzi z nim sympatyczna pani lekarka. Pytam więc:
- Jakie są wyniki moich badań?
- Jeszcze wszytkiego nie mamy. Proszę się zgłosić po wyniki za dwa tygodnie.
- A z tych, co już są co wynika?
- Jak będą wszystkie badania, to będzie można coś powiedzieć.
- A te, które już są, są prawidlowe, czy nie?
Przezornie ustawiłam się pani lekarce w poprzek ścieżki ewakuacyjnej, więc w końcu udało mi się z niej wycisnąć, że mam za wysoki poziom czegoś-tam. Ale że jestem okrutna, no i mam świadomość swojego prawa do informacji o stanie zdrowia, potwierdzoną własnoręcznym podpisem, to drążyłam dalej:
- I co to oznacza? Czy to jakaś choroba? Jakie są możliwe przyczyny?
Pani doktor chyba była prymuską na szkoleniach z nicniemówienia, bo jakimś cudem wyfiknęła się ku drzwiom wcisnąwszy mi w dłoń kwity mojego wypisu i wołając w locie:
- Wszystko powie pani lekarz prowadzący.
I tylko echo za nią powiało.
Jakież to niezwykłe poszanowanie godności, kiedy się pacjenta traktuje jak idiotę. Ale przyznaję, obawiałam się wytoczyć ciężkie działa w walce o swoje prawa, bo by mi jeszcze personel medyczny lewatywkę zasunął, z całym szacunkiem dla mojej godności. Czekam więc przepisowe dwa tygodnie, aż kolekcja wyników badan będzie kompletna i pielęgnuję w sobie nadzieję, że "mój lekarz prowadzący" zechce wtedy cokolwiek zeznać, zanim wypisze recepty i zaleci 3 razy dziennie po dwie tabletki niebieskie i jedną różową, 20 minut przed jedzeniem.
Na całym oddziale przez w sumie 6 dni pobytu (w trzech ratach) zdarzyła mi się jedna rozmowa, w której pani lekarka dokładnie mi wyjaśniła, co zobaczyła w badaniu, jakie opcje wykluczyła, jakie są możliwe kolejne wyniki i ewentualności leczenia. Używała przy tym słów zrozumiałych dla przeciętnego człowieka, a nie żargonu medycznego. Cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania. Wprost i bez wymijania. Pewnie nie uważała na szkoleniu.