Wpisy z tagiem: prawo do informacji

piątek, 10 lutego 2012

Wszystko, co napisałam o Oddziale E to prawda, sama prawda, lecz nie cała prawda. Należy się posłowie.

Pacjent ma swoje prawa. I zanim zostanie dopuszczony na oddział, musi świadomość tych praw potwierdzić wielokrotnymi podpisami. Na przykład ma prawo do informacji o swoim stanie zdrowia. Oraz do poszanowania własnej godności. I najważniejsze w szpitalu jest, żeby pacjenci o tych prawach wiedzieli. A właściwie nie tyle żeby wiedzieli, ile żeby podpisy były we właściwych miejscach. Kwestia realizowania tychże praw jest drugo-, jeśli nie piętnastorzędna. 

Informacji o stanie zdrowia nie udziela się. Z lekarskiej inicjatywy - never! A jak pacjent upierdliwy z pytaniami się rzuca na personel medyczny, to personel potrafi doskonale odpowiadać - wymijająco, mgliście, ogólnikowo, zbywająco. Podejrzewam, że mają specjalne szkolenia z mówienia tak, by nic nie powiedzieć. A pacjenci pytający są uważani za najgorszy gatunek pacjentów, niegodnych dostąpienia zaszczytu przebywania w placówce medycznej i poddawania się medycznym procedurom.

Robi mi doktor USG. Pytam uprzejmie:

- Co widać w tym moim USG, panie doktorze?

Doktor mruczy coś, rezonując z mruczandem drukarki. Liczy na to, że jak mnie nie usłyszy, to pytania nie było. Ale ja upierdliwie drążę:

- Czy wszystko w porządku? Co pan tam w moim środku zobaczył?

Skoro pacjentka lekarza udręcza, to lekarz ma prawo się bronić. Rzecze więc:

- Wszystkiego się pani dowie przy wypisie.

Po czym szybko kończy badanie i umyka z gabinetu.

No to czekam na wspomniany wypis. Przychodzi z nim sympatyczna pani lekarka. Pytam więc:

- Jakie są wyniki moich badań?

- Jeszcze wszytkiego nie mamy. Proszę się zgłosić po wyniki za dwa tygodnie.

- A z tych, co już są co wynika?

- Jak będą wszystkie badania, to będzie można coś powiedzieć.

- A te, które już są, są prawidlowe, czy nie?

Przezornie ustawiłam się pani lekarce w poprzek ścieżki ewakuacyjnej, więc w końcu udało mi się z niej wycisnąć, że mam za wysoki poziom czegoś-tam. Ale że jestem okrutna, no i mam świadomość swojego prawa do informacji o stanie zdrowia, potwierdzoną własnoręcznym podpisem, to drążyłam dalej:

- I co to oznacza? Czy to jakaś choroba? Jakie są możliwe przyczyny?

Pani doktor chyba była prymuską na szkoleniach z nicniemówienia, bo jakimś cudem wyfiknęła się ku drzwiom wcisnąwszy mi w dłoń kwity mojego wypisu i wołając w locie:

- Wszystko powie pani lekarz prowadzący.

I tylko echo za nią powiało.

Jakież to niezwykłe poszanowanie godności, kiedy się pacjenta traktuje jak idiotę. Ale przyznaję, obawiałam się wytoczyć ciężkie działa w walce o swoje prawa, bo by mi jeszcze personel medyczny lewatywkę zasunął, z całym szacunkiem dla mojej godności. Czekam więc przepisowe dwa tygodnie, aż kolekcja wyników badan będzie kompletna i pielęgnuję w sobie nadzieję, że "mój lekarz prowadzący" zechce wtedy cokolwiek zeznać, zanim wypisze recepty i zaleci 3 razy dziennie po dwie tabletki niebieskie i jedną różową, 20 minut przed jedzeniem.

Na całym oddziale przez w sumie 6 dni pobytu (w trzech ratach) zdarzyła mi się jedna rozmowa, w której pani lekarka dokładnie mi wyjaśniła, co zobaczyła w badaniu, jakie opcje wykluczyła, jakie są możliwe kolejne wyniki i ewentualności leczenia. Używała przy tym słów zrozumiałych dla przeciętnego człowieka, a nie żargonu medycznego. Cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania. Wprost i bez wymijania. Pewnie nie uważała na szkoleniu.