
Pobyt w szpitalu (trzecia runda, recydywa - może tym razem uda się dokończyć badania) daje możliwość eksploracji zupełnie dotąd nie znanych obszarów świata. Wypływam więc na te szerokie wody leżąc sobie w szpitalnym łóżku, to podnosząc, to opuszczając część podgłowną i/lub podkolanną. Przedszkolak oczadziałby z ekscytacji na widok tego cudu techniki - z łóżka sterczy rura, a na jej końcu mała skrzyneczka z sześcioma przyciskami. Nacisnę jeden, to mi łeb podnosi, drugi - opada, trzeci - wypiętrza łańcuch górski w okolicy kolan, czwarty go wypłaszcza, piąty - całe cielsko unosi ku sufitu, szósty działa odwrotnie niż piąty.
Leżę więc ci ja, wypiętrzam się, to rozpłaszczam i na przykład czytam bardzo lokalną gazetkę, którą całkiem bezpłatnie zdobyłam w szpitalnym barze. I dowiaduję się rzeczy, o które pewnie bym się nigdy nie potknęła, gdyby nie te moje przymusowe zdrowotne wakacje.
Czy wiecie, że jest coś takiego jak Światowy Dzień Mokradeł? A turystyka bagienna? I jeszcze inwentaryzacja mechowisk - jak pięknie brzmi! Tego chyba nawet Mąż Mój Ukochany nie wiedział. Ha!
Kończę gazetkę, to sobie na przykład poczytam mój RMUA i widzę, że jestem ubezpieczona na wiele różnych sposobów: emerytalnie-rentowo, chorobowo-wypadkowo oraz... zdrowotnie. Dwa pierwsze kumam jako tako. Ale skoro ubezpieczenie chorobowe - jak mniemam w naiwności swej obywatelskiej - dotyczy mnie w stanie chorym, to od czego ubezpiecza mnie to zdrowotne? Od zdrowia? Czyli że co - mam żądać odszkodowań, kiedy zdarzy mi się jednak NIE chorować? Co daj Boże niezależnie od ubezpieczeń. Świat jest pełen zagadek...