Wpisy z tagiem: dzieci
środa, 25 kwietnia 2012
Późnym rankiem, po śniadaniu, ubraniu wszystkich członków rodziny, ogarnięciu kuchni oraz siebie siadam przed laptopem, żeby słów kilka napisać. Kawka zachęcająco pachnie sobie przy klawiaturze, a ja już mam pomysł na nowy wpis. Siedzi mi on w głowie od jakichś dwóch tygodni i wciąż nie mam wystarczająco obszernego kawałka czasoprzestrzeni, żeby pomysł ów zrealizować. Zdaje się, że właśnie czasoprzestrzeń się rozluźniła i... Siadam więc, unoszę dłonie jak pianista nad klawiaturą i już, już mam wystukać pierwsze słowa... - Mamo, mamo, scem jakiegoś owocka!!! To Mała. Ma specjalny detektor do wykrywania tych chwil, kiedy zamierzam zająć się tak zwanymi swoimi sprawami. Detektor jest niezwykle czuły, najnowsza technologia, haj tech i kosmologia nuklearna. Mała więc zjawia się ze swoimi "sceniami" natychmiast, gdy tylko moje pośladki dotkną krzesła, a wzrok padnie na ekran laptopa. Porzucam jeszcze nie napoczęty wpis i obieram banana. Po chwili Mała opuszcza przestrzeń kuchenną z bananem w garści. Siadam więc, unoszę dłonie jak pianista nad klawiaturą i już, już mam wystukać pierwsze słowa... - Telaz mandalynke popose - odzywa się cienki głosik gdzieś spod stołu. Wstaję, porzucając potencjalny wpis i obieram mandarynkę. Kroję na małe kawałeczki, takie na jeden haps, wszystko zgodnie ze standardami ustalonymi przez moje dziatki. Zadowolona Mała unosi talerzyk z mandarynkowymi hapsami do salonu. Siadam. Unoszę dłonie nad klawiaturą i... Na wszelki wypadek jeszcze nasłuchuję odgłosów dochodzących z salonu: - Sces mandalynke - pyta Mała Przedszkolaka. - Pyyyysna jest. Wnioskuję, że obydwa moje szczęścia przebywają w okolicach kanapy, stamtąd bowiem dochodzą odgłosy. Co oznacza, że nie ma ich w kuchni. Czyli jestem tu sama! Czyli... Unoszę dłonie jak pianista i... - Nie chcę mandarynki, ale powiedz mamie, że chcę gruszkę jeśli jest. Dłonie opadają mi w bezwładnym zwisie. Mogłabym zignorować kwestię gruszki, ale skutek będzie taki, że w kuchni pojawią się dwa moje dziecia i zażądają gruszki oraz kilku innych produktów spożywczych. Obieram więc gruszkę, kroję na kawałeczki zgodne z normą ISOPrzedszkolak2006 i wręczam zainteresowanym. Letnia kawa trzyma wartę przy klawiaturze laptopa. Uparłam się nie poddawać zbyt łatwo mojej barykady. Siadam więc, przyczajam się za ekranem i bacznie obserwuję okolicę. Cisza, spokój, dwie nieletnie paszcze tymczasowo zatkane owocami. Unoszę więc dłonie nad klawiaturą, skupiam umysł i... Wystukuję pierwsze trzy słowa. - Mamo, mamo, przesyłka dla ciebie, proszę!!! - drze się Przedszkolak stawiając na kuchennym stole wytłaczankę po jajkach, czy po czymś tam, napełnioną flamastrami, kredkami i kilkoma strażakami. Nie zamawiałam strażaków, ale nie dyskutuję z małoletnim kurierem, tylko przyjmuję przesyłkę z nadzieją, że sobie dostawca pójdzie. Poszedł. W jego miejsce pojawia się młodszy kurier z inną przesyłką. Przyjmuję bez dyskusji. Popijam zimną kawą. Moi kurierzy robią kolejne rundy znosząc mi na stół przeróżne skarby. Pomiędzy dostawami nie próbuję już unosić dłoni jak pianista, nawet nie zerkam na ekran laptopa. Ale resztki upartej nadziei na chwilę pisania trzymają mnie przy stole. Po szóstej przesyłce brakuje miejsca na stole. Kurierzy zmieniają branżę. Teraz zajmują się pieczeniem muffinków z plastikowych kłód drewna. Oraz bębnieniem łyżkami w kartony. Dopóki robią wielki jazgot, będą zajęte sobą. Siedzę więc. Unoszę. Nieśmiało wystukuję kolejne litery, słowa, zdania. Jedno, kropka, drugie, kropka, trzecie - rozpędzam się. - Kochanie - słyszę głos MMU - lepsza ta marynarka, czy ta brązowa? To może ja lepiej podłogi umyję i kurze powycieram. Pożyteczne to czynności i nie wymagają zaangażowania umysłu, który może być w związku z tym używany równolegle na innym froncie. Będę więc mogła przyjmować kolejne dostawy plastikowych muffinów, doradzać w kwestiach garderoby i bez szkody dla wykonywanej czynności przerywać ją na obieranie owocków. Pomysł na wpis o Zygmucnie Baumanie pozostanie czas jakiś jeszcze mieszkańcem jedynie mojej głowy, ale dawno się tak nie ubawiłam, jak tego przedpołudnia :-D
niedziela, 22 kwietnia 2012
Mała zażądała soczku. Takiego, jak ma Przedszkolak, czyli w małym kartoniku ze słomką. Dla Przedszkolaka są z Hot Wheelsami, Mała wybrała sobie kubusiowe puchatkowe. Dostała więc soczek w dłoń i odmówiwszy przyjęcia pomocy przy odpakowywaniu pomknęła w najdalszy kąt salonu. Odwróciła się tyłem do rzeczywistości i powoli w skupieniu odbezpieczyła sobie napój zaskakująco umiejętnie. Słomka trafiła do odpowiedniego otworu, a po słomce pozostał papierek. Mała przez chwilę obracała go w paluszkach dumając nad czymś intensywnie. - Mogę go wyzucić telaz - odezwała się w końcu ni to pytając, ni stwierdzając. Na wszelki wypadek potwierdziłam. Mała porzuciła soczek i wymachując papierkiem jak sztandarem popędziła do kuchni. - Ooo, kos jest tu - zdziwiła się uprzejmie po otwarciu odpowiedniej szafki, choć kosz mieszka tam od zawsze i trudno dostrzec w tym coś zadziwiającego. Już, już mała łapka wędrowała w kierunku śmieci, już prawie wrzucała do nich papierek, gdy nagle... zawisła w powietrzu wyraźnie nabrawszy jakichś wątpliwości, po czym cofnęła się nadal ściskając papierek po słomce. - Mogę pozamiatać! - oznajmiła właścicielka rączki z papierkiem. Nie byłam pewna, czy moje dziecię pytało, czy jedynie informowało o swoich zamiarach, ani też czy adresatem wypowiedzi jestem ja, czy też pobliska patelnia. Znów więc potwierdziłam, na wszelki wypadek. Mała porzuciła papierek na podłodze i zanurkowała w szafce ze śmietnikiem. Chwilę później umiarkowanej głośności rumor obwieścił wydobycie szufelki. Z wyrazem satysfakcji na obliczu Mała zanurkowała po raz wtóry, wynurzyła się jednak z pustymi rękami, a satysfakcja ustąpiła miejsca zafrasowaniu. - Nie ma scotki. Tym razem milczałam, ciekawa jak sobie moja dwulatka poradzi z zadaniem, jakie sama sobie zadała. Nastąpił nur numer trzy, a po chwili przy wtórze postękiwań i mamrotania, Mała wytaszczyła z szafki wiadro używane do mycia podłóg wraz z tkwiącymi w nim utensyliami sprzątawczymi. - Jest scotka! - wykrzyknęła Mała nurkując w szafce po raz czwarty i wynurzając się z przedmiotem swego pożądania. Papierek wciąż leżał na środku kuchni i czekał spokojnie na swój dalszy los. Towarzyszyły mu: szufelka, kilka szmatek oraz wiadro od mopa. Mała rozgarnęła to towarzystwo zamaszystym ruchem i dotarła do papierka. Położyła przy nim szufelkę i machnęła miotełką. Papierek umknął. Mała podjęła kolejną próbę, ale i teraz nie udało jej się zgarnąć papierka. Odłożyła więc miotełkę, wzięła papierek w dłoń i precyzyjnie ułożyła go na wprost szufelki. Ostrożnie, z dokładnością snajpera wycelowała miotłą i tym razem umieściła papierek tam, gdzie zamierzała. Sapnęła zadowolona i z papierkiem na szufelce pomaszerowała do śmietnika. Papierek prawdopodobnie nieco się naelektryzował podczas manewrów z miotłą, bo pomimo kilku energicznych potrząsów nie chciał opuścić szufelki. Niezrażona tym Mała ujęła papierek w paluszki i umieściła w koszu na śmieci. Sprzątanie papierka trwało jakiś kwadrans. Efekty: wiadro, szufelka, miotła oraz stadko spłoszonych szmatek rozsiane po całej kuchni, papierek umieszczony w śmietniku, a przede wszystkim wielka satysfakcja mojego dziecięcia. Ktoś zamawia serwis sprzątający?
poniedziałek, 19 marca 2012
Gdy byłam dziewczęciem w początkowym stadium edukacji szkolnej, planowałam zostać stomatologiem. Mieliśmy w szkole gabinet dentystyczny z przemiłą panią stomatolog oraz z zestawem pięknych metalowych przyrządów do dłubania w zębach. Też chciałam mieć takie. I pewnie chciałam być taka miła i serdeczna, chociaż z tych aspiracji mogłam sobie jeszcze nie zdawać sprawy. Mam wrażenie, że sama istota stomatologii, czyli czynność dłubania w cudzym uzębieniu nie stanowiła centrum moich zainteresowań. Ale to było dawno... Potem, jako świeżo upieczona nastolatka postanowiłam zostać biologiem. Więcej - chciałam cudze dzieci uczyć o roślinach, zwierzętach i tak dalej! Tak jak uwielbiana przeze mnie, wymagająca, energiczna i zawsze uśmiechnięta nauczycielka, która tego przedmiotu uczyła moją klasę. Biologia przeszła mi w liceum na rzecz pisania i teatru. Tym razem, chociaż uwielbiałam naszego złośliwego, inteligentnego, sarkastycznego polonistę, moje plany na przyszłość nie były efektem bycia czyjąkolwiek fanką. Wynikały z odkrycia rzeczywistych zdolności i zainteresowań, które po prostu gdzieś we mnie się objawiły. Byłam przekonana - podobnie jak wspomniany polonista, opiekun radiowęzła, wychowawczyni, moja mama oraz grono jej znajomych - że zostanę dziennikarką. Fascynacja teatrem mi przeszła, pisanie zostało, ale dziennikarką nie zostałam. Po drodze odkryłam jeszcze kilka innych zainteresowań. Żadne z nich jak dotąd nie stało się moim zawodem, to znaczy, żadne nie ma efektu ubocznego widocznego na moim bankowym koncie in plus. Kultywuję je obecnie w szczątkowej formie, albo zamierzam, kiedy oba dzieciory osiągną wzrost powyżej 120 cm. Ale tak zwaną karierę zrobiłam. W innej dziedzinie. Okazało się, że pasja i zainteresowanie nie jest do kariery niezbędne. Nigdy nie lubiłam dzieci. Nudziły mnie, wprawiały w zakłopotanie, drażniły swoją hałaśliwością. Aktualnie z zawodu jestem mamą oraz żoną domową. Przez cały dzień zajmuję się sprawami, którymi jeszcze 10 lat temu w ogóle się nie interesowałam, a nawet miałam je za nudne i nieprzynoszące grama satysfakcji. I czuję się szczęśliwa, spełniona i usatysfakcjonowana w stopniu, jakiego wcześniej, w tzw. karierze, nigdy nie doświadczyłam. Nic na to nie poradzę. Kiedyś zazdrościłam ludziom, którzy wędrując na egzamin maturalny już wiedzieli, co chcą robić w życiu. Mieli pasję wypełniającą ich po pompon. Teraz już im nie zazdroszczę. Moja droga do spełnienia była po prostu bardziej pokręcona. Ale i tak je osiągnęłam, a w zasadzie osiągam każdego dnia. Raz mniej, raz bardziej, jednak nawet kiedy ostro łupie w kręgosłupie, zmywarka nie nadąża za tempem brudzenia się garów, Przedszkolak wybrzydza nad talerzem, Mała demonstruje pokazowego focha, a powierzchnie płaskie naszego domostwa zasłane są ubraniami i zabawkami na przemian z paprochami, okruszkami itakdalej, nie mam wątpliwości - jestem dokładnie tu, gdzie chcę być. Więc już nie rozmyślam, kim będę. Bo ja już jestem. Pewnie za jakiś czas zajmę się czymś poza żonodomowieniem, może pogonię za którymś z moich hobby i zrobię z niego zawodowy i finansowy użytek. Czymkolwiek jednak zajmę się w przyszłości - ja już jestem. I tej pełni bycia nic mi nie odbierze. Dziś zastanawiam się, czy Przedszkolak zostanie strażakiem, jak to już kilka razy zapowiadał. Znając go trochę raczej stawiam na fizyka, informatyka, czy jakoś tak w okolicy. Nie mam własnych ambicji w związku z jego przyszłością zawodową, ale jestem bardzo ciekawa ścieżek, jakimi potupta. I bardzo chcę mu kibicować. Natomiast co będzie z Małą - nie mam pojęcia. Szczególnie po jej ostatniej deklaracji, która brzmiała: - Jak będę więksa to będe dinozaulem!
środa, 14 marca 2012
Przez wiele lat mieszkał z nami Kot. Osiągnąwszy zacny wiek lat osiemnastu i trochę, zachorował i od minionych wakacji już go z nami nie ma. Zostały po nim ślady - oprócz tych w naszej pamięci i sercach także bardziej materialne. Jedną z pamiątek po Kocie jest dziura do łazienki. Drzwi do łazienki zwykle są zaopatrzone u dołu w kratkę lub - bardziej dizajnersko - w rządek okrągłych otworów. Nie jestem pewna, czy założeniem konstrukcji jest umożliwienie swobodnego przepływu woni toaletowych, czy też ułatwienie komunikacji werbalnej z przebywającym w środku ("Zenek, wyłaź już!"). Natomiast u nas w miejscu tradycyjnej kratki jest po prostu prostokątny otwór, przez który Kot właził do i wyłaził z naszej łazienki a jego kuwetowni. Dzięki temu mogliśmy zamykać drzwi nie pozbawiając kociska dostępu do strategicznego miejsca. Kocura nie ma, dziura została i ma nadal swoich amatorów. Wchodzę do łazienki w celach, których chyba nie muszę nikomu wyjaśniać. No, toaletowych przecież. Ledwo zdążę się rozgościć, a w dziurze po Kocie pojawiają się świdrujące oczka Małej. - Co lobis? - pyta wnikliwie, ale na odpowiedź nie czeka. - Muse wejść. Muuuuse tu wejść! Natychmiast! I faktycznie natychmiast zaczyna się pakować do środka przez wspomnianą dziurę kotową. Mała łebska jest i znakomicie wyciąga wnioski z własnych doświadczeń, więc nie pakuje się już głową naprzód, tylko zaczyna od nóżek, potem przeciska obszar pieluchowy i powoli zmierza ku szyi. - Głowa ci się nie zmieści - przypominam fakt doskonale jej znany, kiedy mam już w łazience niemal cały korpusik plus wierzgające optymistycznie nożęta. - Ale nóski wejdą - odpowiada radośnie. Po chwili wiercenia w otworze Mała wycofuje jednak odnóża z łazienki i wraca do pozycji obserwacyjnej. - Scem mandalynke! - oznajmia przez otwór tonem niecierpiącym zwłoki. - Nie mam tu mandarynek. Idź do kuchni i poczekaj tam na mnie, jak wyjdę z łazienki, to ci dam. - To są żałosne próby wynegocjowania chwili spokoju i skupienia na czynnościach wcześniej zamierzonych. Jednak jakimś cudem ryjek Małej znika z otworu. W trzy nanosekundy później słychać łomot kościstego ciała rzucającego się na panele podłogi i w otworze pojawia się poważne oblicze Przedszkolaka zwiastujące jakiś Problem Wielkiej Wagi. - Mamo - zaczyna z przejęciem - wiesz, co się stało?! Nie wiem i po takiej inwokacji nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć. Ale pytanie Przedszkolaka jest oczywiście retoryczne, więc - chcę, czy nie - i tak się dowiem. - Zaginął złoty tłok!!! Przedszkolak ewidentnie czeka na jakąś moją reakcję, więc dziwię się uprzejmym wspolczującym mruknięciem, co niestety zachęca go do dalszej opowieści: - Nie mogę go znaleźć. NIGDZIE go nie ma! - A sprawdzałeś w niebieskim pudełeczku na komodzie w salonie? Poważne oblicze znika z otworu. Ryms! Łup! Pojawia się Mała: - Mamo, mamo, wies co, wies co? - Nie wiem - wzdycham zrezygnowana. Chwila pełnego napięcia milczenia. - Kocham cie. Pyszczek Małej w dziurze czyniący mi wyznania do kibla jest rozbrajający. Obok znów pojawia się oblicze Przedszkolaka, tym razem z uśmiechem tryumfu, a zaraz potem do łazienki wsuwa się jego długa chuda ręka trzymająca odnaleziony złoty tłok. - Jest! Znalazłem! Dzięki, mamo! Przez chwilę dzieciory przepychają się i wiercą pod drzwiami. - Mamo - indaguje znów Przedszkolak - przełączysz na bajki? Oczywiście! Siedząc na kiblu mocą swego umysłu zmienię kanał w telewizorze w mgnieniu oka! Dzieciory nie odpuszczą. Im dłużej będę oddzielona od nich zamkniętymi drzwiami, tym bardziej będą się wciskać w otwór po Kocie. Może trzeba w końcu go zatkać standardową kratką, bo jeszcze się jakiejś nerwicy jelit nabawię. Na razie jednak otwór ma się świetnie, a ja czekam, kiedy pojawi się w nim twarz MMU i siedząc na kiblu usłyszę: - Kochanie, co dziś na obiad?
piątek, 09 marca 2012
Zeznaję jak było. Dietetyczny tort bez grama mleka wyglądał jak wyżej. Przybyła dzieciarnia, opanowała czasoprzestrzeń, zeżarła michę kukurydzianych chrupów i... całą galaretkę z "tortu". Spod galaretki wyjrzał smętny biszkopt. Moja siostra dzielnie skonsumowała kawałek o konsystencji podeszwy. Nie miała wyjścia - najmłodsze dziecię wysysa z niej mleko oraz ma alergię, więc i jej nie wolno spoufalać się z produktem krowich cycków. Była bardzo dzielna - żując powoli patrzyła, jak reszta dorosłych pakuje do dziobów drugi - pyszny, profesjonalny tort od Sowy. Ostatecznie biszkopt został prawie w całości zeżarty przez dzieciory, które po prosty zgłodniały i było im najwyraźniej wszystko jedno, czym napychają brzuchy. Poza biszkoptem urodziny Małej zaliczam do udanych. Mała zdaje się też - chętnie zauczestniczyła we wspólnej zabawie, a jak miała dość, wybrała sobie dziadka, żeby ją pobujał na huśtawce. To jej sposób na wyalienowanie się z towarzystwa z opcją mania wszystkich jednak na oku. Świeczki zdmuchnięte, prezenty przyjęte i obcieszone, demolka domowa wykonana w stopniu spodziewanym. Raport zdany :-)
poniedziałek, 05 marca 2012
Jutro drugie urodziny Małej. W związku z tym zdobywam sprawność cukiernika w stopniu średniozaawansowanym. Trudność nie polega na pieczeniu słodkości w ogóle, może poza niezbyt bogatym doświadczeniem, ale na pieczeniu dla gości-alergików. Mleka nie mogę użyć. Ani żadnych jego krewnych i znajomych. A zatem żadnej czekolady, kremu do przełożenia tortu, ograniczony wybór ciast. I musi być home-hand-made, bo gdzie kupić ciasto bezmleczne, żeby w dodatku żadnych sojowych dodatków ani sztuczności nie było. No, może i można, ale stwierdziłam, że sprawniej mi pójdzie robota własna, niż poszukiwania wiarygodnego źródła dietetycznych wyrobów cukierniczych. 11:30 - Dla rozgrzewki udziergałam małe biszkopciki. Przepis sprawdzony, tylko pilnować trzeba, bo łatwo przypalić. Upilnowałam. 14:00 - W ramach urodzinowego tortu, żeby zadość się stała wymaganiom alergii na mleko, wymyśliłam biszkopt z galaretką. Żadna finezja, ale będzie kolorowo i da się wetknąć świeczki. Debiutancki mój biszkopt właśnie siedzi w piekarniku i choć czas jego minął jakiś kwadrans temu, dziabnięty patykiem wciąż zeznaje, że jest niedopieczony. Gupia ja, trzeba było przepis nie z książki dla dzieci, tylko od Teściowej. Bo moja Teściowa jest mistrzynią międzygalaktyczną w ciastach wszelakich. Oczywiście mogę mój nieudany biszkopt oddać na rzecz ptaków, a w drugim podejściu rozsądnie zadzwonić po instruktaż do Teściowej. I nie kłaść się spać, bo oprócz biszkopta muszą być jeszcze muffiny oczywiście, Przedszkolaka trzeba odtransportować po południu na sportowe wygibasy, obiad jakiś stworzyć dla domowników zasiedziałych dziś w kurniku (MMU jest!), ogarnąć kwestię bałaganu, odpowiedzieć na sto osiemdziesiąt trzy pytania dzieciorów, coś zrobić z galaretką, do której wpadła kuchenna ścierka oraz coś zrobić z oną ścierką ociekającą galaretowatym glutem pachnącym syntetyczną pomarańczą. 16:30 - Obiad zjedli, znaczy zjadliwy był. Biszkopt zeznał patykiem, że upieczony. Nie dowierzam mu. Ale przecież nie rozbebeszę, żeby sprawdzić, bo z rozbebeszonego już a-la-tortu nie skleję. Jutro posypię galaretkowymi kosteczkami i zobaczę, czy młodociane towarzystwo konsumuje, czy wybrzydza. Galaretki będą rodzajów trzech zamiast czterech - jedna zdyskwalifikowana przez ścierkę. Teraz zostało mi posprzątanie pobojowiska i ukręcenie muffins. MMU litościwie wziął na się sportowe wygibasy z Przedszkolakiem. Mała nudząc się malowniczo robi z kukurydzianych chrupów "okuski dla ptasków" i rozsypuje je po całej podłodze. Gdyby przypadkiem jakiś "ptasek" zabłądził się do naszej kuchni lub przedpokoju. 17:06 - Po raz szesnasty zgarnęłam kuchenne utensylia na jedną kupę i wytarłam do czysta blat. Po raz czwarty dziś przeładowałam zmywarkę i nakazałam jej umyć naczynia. Biorę się za muffiny. Mała woła "ptaski, ptaski, choćcie tu do nas, tu są wase okuski". Oraz obżera się biszkoptami, które upiekłam na jutro. 17:52 - Pierwsza dwunastka muffins w piecu. Listonosz przytargał paczkę z zamówioną firanką do kuchni. Kusi, żeby powiesić od razu, a rozsądek narzeka, że jeszcze kolejne muffiny do zrobienia, sprzątanie i takie tam. 18:46 - Powiesiłam. Przy okazji trochę spadłam z blatu. I kręcę kolejne muffiny. 19:02 - Przedszkolak wrócił. MMU jeszcze w lokalnym sklepie spożywcze mydło i powidło poluje na jakąś kolację. Ostatni set muffinów rumieni się w piecu. Jeszcze tylko bajzel radosny ogarnąć i będziemy jako-tako przygotowani na jutrzejsze święto. Ale małych biszkoptów trzeba będzie dorobić.
piątek, 02 marca 2012
Nie pamiętam jakoś szczególnie dokładnie zabaw mojego dzieciństwa. Pamiętam trochę. Miałam na pewno kilka lalek, z których najukochańszą była ta z długimi włosami. Bawiłam się nią lat wiele, nie poznawszy Barbie i byłam szczęśliwa. Zabawy polegały na wymyślaniu kreacji na różne okazje, tworzeniu ich z dostępnych środków i nieskończonym lalki przebieraniu. Była to zabawa towarzyska, którą uprawiałam z moją przyjaciółką, takoż posiadającą długowłosą plastikową piękność. Z zabaw w pojedynkę pamiętam wielogodzinne tworzenie domowej biblioteki - wycinanie i wypisywanie kart bibliotecznych wszystkich moich książek, a tych miałam dużo więcej niż lalek. I jeszcze czytanie pamiętam. Głównie samodzielne, gdyż wspomnienia te sięgają wieku przedszkolnego. Moja Rodzicielka natomiast twierdzi, że zmuszałam ją do wielogodzinnych performansów, podczas których wcielałyśmy się w role żon nieobecnych mężów i toczyłyśmy długie dysputy o tychże nieobecnych, w międzyczasie gotując obiady, piorąc, prasując itd. Z dziadkiem natomiast pasjami bawiłam się w aptekę, gdyż dziadek, człowiek doświadczony kilkoma schorzeniami, posiadał niebagatelną kolekcję fascynujących kolorowych pigułek w szklanych buteleczkach, maści w rozmaitych tubkach oraz syropów. Z dziadkiem także uprawiałam rysowanie, malowanie i układanie karcianych pasjansów. Tyle z pamięci. Kolejne pokolenie, czyli moje ukochane dzieciory, które - jako się rzekło wczoraj - kosmici już zwrócili w oryginale, bawi się następująco (relacja dotyczy jednego tylko popołudnia, czyli mniej więcej dwóch godzin, jakie upłynęły od powrotu Przedszkolaka z fabryki do nieubłaganego ogłoszenia wyroku o kolacji): - Potrzebuję łyżkę! - oznajmił Przedszkolak - Tą drewnianą. Średnią, albo dużą. Precyzyjne zamówienie zostało przyjęte i zrealizowane. W dwóch egzemplarzach, bo Mała natychmiast zgłosiła się po swoje narzędzie. Po kilku sekundach na ziemię spadł deszcz puchatych tekstylnych pomidorów, ogórków, czosnku i cebuli, katapultowanych przez całą długość przestrzeni mieszkalnej za pomocą wspomnianych drewnianych łyżek. Chwilę później łyżki zostały porzucone, a ja otrzymałam podanie ustne następującej treści: - Mamoooo, potrzebujemy kosze na pranie. Możemy wziąć? Tylko muszą być puste, wiesz? Kosze z ubraniami oczekującymi na wjazd do pralki są dwa, mieszkają w przedpokojowej szafie i nigdy nie są puste. Ale to nie problem - po uzyskaniu mojej zgody dziecki postarały się żeby były. Po czym napełniły kosze sobą. Nasycona eksploracją kosza na brudne ubrania Mała na dłuższą chwilę zajęła się ugniataniem silikonowych form do muffinów, gulgocząc przy tym jakąś dziwną mantrę. Przedszkolak natomiast zrobił sobie przerwę na lekturę. Potem były jeszcze szaleńcze biegi w tę i z powrotem przez całą długość kurnika, budowanie statku kosmicznego z klocków-wafli, układanie puzzli, tańce derwiszów przy przebojach disco lat 80-tych oraz segregacja monet ze skarbonki na "srebrne" i "złote". Jakieś wnioski? Raczej obserwacje. Niezależnie od czasów i pokoleń dziecki bawią się wszystkim, co im w ręce wpadnie oraz co zdobędą. Różnimy się tym, że ja potrafiłam przy jednej zabawie spędzić kilka godzin, moje pacholęta zaś w ciągu jednej godziny potrafią przedsięwziąć kilka, jeśli nie kilkanaście zabaw. I jedno pozostaje niezmienne przez wieki - dziecięce zabawy generują pandemoniczny bajzel. PS. A może - że tak nieśmiało zagaję - Moi Drodzy Czytelnicy pochwalicie się pomysłami Waszego potomstwa w zakresie rozrywkowo-zabawowym?Oraz własnymi zachowanymi w łaskawej pamięci. Zachęcam :-) - komentujcie.
czwartek, 01 marca 2012
Raz na jakiś czas kurnik odwiedzają kosmici. Nie wiem, czym przylatują, przypełzają czy się podkopują. Nie wiem, czy są to zielone stworki z wyłupiastymi oczami, czy może raczej eteryczne mazy inteligentnego gluta powiewające w przestrzeni. Nie wiem, bo zakradają się do kurnika niepostrzeżenie, uprawiają partyzantkę a ja doświadczam jedynie (!) jej efektów. Kosmici podmieniają moje potomstwo! Ukradkiem zabierają pogodną, wesołą Małą, entuzjastycznie nastawioną do wszelkiego stworzenia, wielbiącą wszelkie przejawy istnienia świata od rana do wieczora, chętną do każdej zabawy solo, w duecie, czy większym towarzystwie. Wykradają też Przedszkolaka, wrażliwego, kochającego, czułego, bystrego młodocianego filozofa. A na ich miejsce podrzucają dziewczę łudząco podobne do mojej córki, tyle że od rana do nocy jęczące, marudzące, wieszające się na mnie, krzyczące na wszystkich, niezadowolone ze wszystkiego. A w miejsce Przedszkolaka znajduję egzemplarz takoż podobny zewnętrznie, ale wrogo nastawiony do współmieszkańców, pełen pretensji, niezadowolony, zły i warczący na otoczenie. Złośliwe ufoludki nie zostawiają żadnej instrukcji obsługi, ani narzędzi, którymi mogłabym sobie jakoś poradzić z tym duecikiem. Ani jednego złamanego klucza oczkowego, żeby choć spróbować naprawić te indywidua lub dokonać regulacji w kierunku bardziej znośnego charakteru. Mnie niestety nie podmieniają - zostaję ta sama. Wczoraj, po iście kosmicznej awanturze, jaką moje kosmiczne dzieciory przedsięwzięły najpierw w duecie, a potem każde po kolei, ufoludki chyba zorientowały się, że przeginają i... oddały mi moje dziatki. Dziś mam z powrotem moje przyjazne światu, znajome i swojskie kurczęta. Pewna doświadczona kobieta, matka czworga już dorosłych rzecze, że dzieci dostają kociokwiku na wiosnę. Skoro to kwestia wiosny, to ja poproszę rozłożyć ją na raty, bo następnym razem takiej dawki wiosennego nastroju moich dzieci mój układ nerwowy może nie zdzierżyć.
czwartek, 23 lutego 2012
Będzie znowu o rosole. To zadziwiające, jak niewyczerpanym źródłem inspiracji może być zwykły wywar z warzyw i mięcha. Przedszkolak chory, więc pracowicie przyrządzane przeze mnie posiłki przegrzebuje jeszcze bardziej niż zwykle. Siedzi przy stole z miną męczennika za wiarę w wolność od jedzenia. W głębokiej zadumie robi łyżką fale na coraz zimniejszym rosole. Mnie od samego patrzenia na niego wzbiera ciśnienie śródczaszkowe, ale bardzo się staram chorego dziecięcia nie napadać. - Mamo - odzywa się w końcu wystudiowanym słabowitym głosem - a co to za paprochy tu pływają? Okropne! Przecież wiesz, że nie lubię. Oczywiście, wiem, że rosół musi być jak kryształ z górskiej krynicy dziewiczych rejonów puszczy amazońskiej tchnieniem ludzkim nietkniętych. Paprochy won! Dlatego synu mojemu rosół nalewam na talerz przez sitko. Zawsze. - Przesitkowałaś mi? - pyta groźnie, a niebieściutkie oczęta świdrują mnie oskarżycielsko. - Oczywiście, że przesitkowałam - przyjmuję atak z godnością i spokojem. Chwila namysłu. Pięć rosołowych fal później: - Ale czy przez najdrobniejsze sitko? - Tak, przez najdrobniejsze. Kolejna chwila zadumy. Rosół o kilka stopni zimniejszy. - Ale czy przez duże, czy małe? - Przez małe. Przedszkolak trawi. Bynajmniej nie zawartość swojego talerza, lecz pozyskane informacje. - Ale nie przez to, co się stawia i zahacza? - Nie, nie przez to. - Tylko przez to, co się trzyma w ręce? Czuję, jak w mojej gardzieli wzbiera gulgot i za chwilę z siłą wulkanu się ujawni i szlag trafi moje postanowienie bycia wyrozumiałą matką dla chorych dzieci własnych. Ostatkiem sił cedzę przez zęby: - Przesitkowałam-przez-najmniejsze-sitko-najgęściejsze-jakie-mamy-w-domu-plastikowe-które-się-trzyma-w-ręce. Jedz wreszie ten rosół! Przedszkolak popatrzył niewzruszony i niezupełnie przekonany. Miotnęłam się więc w kierunku zmywarki, otworzyłam w połowie mycia, zanurzyłam górne pół siebie w kłęby buchającej pary i wygrzebawszy rzeczone sitko położyłam je na stole, centralnie in front od Przedszkolaka. W ten sposób udowodniłam ostatecznie swą niewinność. - To poproszę o słomkę - rzekł łaskawie Przedszkolak, po czym przez tęże słomkę wysączył zimny rosół.
środa, 22 lutego 2012
Będąc kobietą niezależną, samodzielną i samotną miałam niezawodny sposób na chandrę. Jesienną, zimową, wiosenną i wszelkie inne. Mianowicie wsiadałam za kierownicę swojego samochodu i wyruszałam, gdzie oczy poniosą. Czyli na Puławy. Monotonne drgania silnika, skupienie na prowadzeniu auta i dobra muzyka koiły skołataną mą duszę. Gdzieś w okolicy Góry Kalwarii chandra mijała. Okrążałam miejscowe rondo i wracałam do domu. Dla pewności - aby utrzymać efekt terapeutyczny, robiłam porządki w szafach, albo ze trzy zaległe prania, czy gruntowny kipisz w łazience z szorowaniem fug emerytowaną szczoteczką dozębną. Obecnie zastosowanie powyższego sposobu na chandrę napotyka tak zwane trudności obiektywne. Jedyny samochód w naszym gospodarstwie domowym nader często użytkowany jest przez Męża Mego Ukochanego. A nawet jeśli akurat trafię chandrą w moment nieużytkowania - w budżecie domowym nie przewidziano środków na rekreację w postaci terapeutycznych wycieczek w okolice Góry Kalwarii. Znaczy się ja - główna księgowa tegoż budżetu - nie przewidziałam. Poza tym zawsze mam przy sobie przynajmniej jedno z moich dzieciąt. Przecież nie porzucę, żeby chandrę w trasie leczyć. A ze sobą nie zabiorę, bo upchnięte w dziecięcy fotelik samochodowy pacholę z pewnością będzie paszczą kłapać, czym zagłuszy muzykę a skupienie na prowadzeniu auta przeniesie do kategorii "Niemożliwe". Tym samym zaś zniweczy lecznicze właściwości eskapady. W takich okolicznościach trzeba się ratować tym, co jest pod ręką. A pod moją najpewniej są dzieciory moje ukochane ze wszystkimi dodatkami. Kiedy więc chandra mnie nachodzi, wydobywam z czeluści dziecinnego pokoju puzzle. Byle duże i drobne. Padam na kolana i układam. Przedszkolak z początku patrzy nieufnie, no bo dlaczego mama zamiast zrzędzić, że nie ma czasu za to ma dużo roboty, siedzi i się bawi. Ale po chwili sprytny małolat postanawia wykorzystać tak niezwykłą okazję i dołącza do zabawy. Na to nadciąga Mała i nie zastanawiając się długo, a nawet wcale, wchodzi do gry. Układanie puzzli to dziwna czynność - wymaga skupienia a jednocześnie pozwala puścić myśli na wolny wypas. Im bardziej więc ściubię klocek w klocek, tym lepiej mi się na duszy robi. Przedszkolak metodycznie ściubi obok, co przynosi dodatkowy efekt łagodzący moje dolegliwości emocjonalne. Mała układa metodą losowo-siłową, czyli bierze dwa klocki na chybił-trafił, wciska jeden w drugi i solidnie przyklepuje łapką. Tak w niespotykanej ciszy mija nam czas do wieczora. Efektem ubocznym tego spokoju jest kumulacja energii kinetycznej tak wewnątrz Małej jak i w Przedszkolaku. Energia ta stanowczo domaga się ujścia, więc w porze kąpieli młodzież rozbiera się porzucając elementy garderoby gdzie popadnie i zaczyna szaleńczo biegać. Na golasa. Przedszkolak chudzina ze swoimi pajęczakowatymi odnóżami i Mała pląsająca chaotycznie po całej chałupie, obydwoje wydający radosne piski. Ubaw po pachy!!! Chandra odpływa w niebyt. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
|