Wpisy z tagiem: macierzyństwo
środa, 25 kwietnia 2012

Późnym rankiem, po śniadaniu, ubraniu wszystkich członków rodziny, ogarnięciu kuchni oraz siebie siadam przed laptopem, żeby słów kilka napisać. Kawka zachęcająco pachnie sobie przy klawiaturze, a ja już mam pomysł na nowy wpis. Siedzi mi on w głowie od jakichś dwóch tygodni i wciąż nie mam wystarczająco obszernego kawałka czasoprzestrzeni, żeby pomysł ów zrealizować. Zdaje się, że właśnie czasoprzestrzeń się rozluźniła i...
Siadam więc, unoszę dłonie jak pianista nad klawiaturą i już, już mam wystukać pierwsze słowa...
- Mamo, mamo, scem jakiegoś owocka!!!
To Mała. Ma specjalny detektor do wykrywania tych chwil, kiedy zamierzam zająć się tak zwanymi swoimi sprawami. Detektor jest niezwykle czuły, najnowsza technologia, haj tech i kosmologia nuklearna. Mała więc zjawia się ze swoimi "sceniami" natychmiast, gdy tylko moje pośladki dotkną krzesła, a wzrok padnie na ekran laptopa.
Porzucam jeszcze nie napoczęty wpis i obieram banana. Po chwili Mała opuszcza przestrzeń kuchenną z bananem w garści.
Siadam więc, unoszę dłonie jak pianista nad klawiaturą i już, już mam wystukać pierwsze słowa...
- Telaz mandalynke popose - odzywa się cienki głosik gdzieś spod stołu.
Wstaję, porzucając potencjalny wpis i obieram mandarynkę. Kroję na małe kawałeczki, takie na jeden haps, wszystko zgodnie ze standardami ustalonymi przez moje dziatki. Zadowolona Mała unosi talerzyk z mandarynkowymi hapsami do salonu.
Siadam. Unoszę dłonie nad klawiaturą i... Na wszelki wypadek jeszcze nasłuchuję odgłosów dochodzących z salonu:
- Sces mandalynke - pyta Mała Przedszkolaka. - Pyyyysna jest.
Wnioskuję, że obydwa moje szczęścia przebywają w okolicach kanapy, stamtąd bowiem dochodzą odgłosy. Co oznacza, że nie ma ich w kuchni. Czyli jestem tu sama! Czyli... Unoszę dłonie jak pianista i...
- Nie chcę mandarynki, ale powiedz mamie, że chcę gruszkę jeśli jest.
Dłonie opadają mi w bezwładnym zwisie. Mogłabym zignorować kwestię gruszki, ale skutek będzie taki, że w kuchni pojawią się dwa moje dziecia i zażądają gruszki oraz kilku innych produktów spożywczych. Obieram więc gruszkę, kroję na kawałeczki zgodne z normą ISOPrzedszkolak2006 i wręczam zainteresowanym.
Letnia kawa trzyma wartę przy klawiaturze laptopa.
Uparłam się nie poddawać zbyt łatwo mojej barykady. Siadam więc, przyczajam się za ekranem i bacznie obserwuję okolicę. Cisza, spokój, dwie nieletnie paszcze tymczasowo zatkane owocami. Unoszę więc dłonie nad klawiaturą, skupiam umysł i...
Wystukuję pierwsze trzy słowa.
- Mamo, mamo, przesyłka dla ciebie, proszę!!! - drze się Przedszkolak stawiając na kuchennym stole wytłaczankę po jajkach, czy po czymś tam, napełnioną flamastrami, kredkami i kilkoma strażakami.
Nie zamawiałam strażaków, ale nie dyskutuję z małoletnim kurierem, tylko przyjmuję przesyłkę z nadzieją, że sobie dostawca pójdzie.
Poszedł. W jego miejsce pojawia się młodszy kurier z inną przesyłką. Przyjmuję bez dyskusji. Popijam zimną kawą.
Moi kurierzy robią kolejne rundy znosząc mi na stół przeróżne skarby. Pomiędzy dostawami nie próbuję już unosić dłoni jak pianista, nawet nie zerkam na ekran laptopa. Ale resztki upartej nadziei na chwilę pisania trzymają mnie przy stole. Po szóstej przesyłce brakuje miejsca na stole. Kurierzy zmieniają branżę. Teraz zajmują się pieczeniem muffinków z plastikowych kłód drewna. Oraz bębnieniem łyżkami w kartony. Dopóki robią wielki jazgot, będą zajęte sobą.
Siedzę więc. Unoszę. Nieśmiało wystukuję kolejne litery, słowa, zdania. Jedno, kropka, drugie, kropka, trzecie - rozpędzam się.
- Kochanie - słyszę głos MMU - lepsza ta marynarka, czy ta brązowa?
To może ja lepiej podłogi umyję i kurze powycieram. Pożyteczne to czynności i nie wymagają zaangażowania umysłu, który może być w związku z tym używany równolegle na innym froncie. Będę więc mogła przyjmować kolejne dostawy plastikowych muffinów, doradzać w kwestiach garderoby i bez szkody dla wykonywanej czynności przerywać ją na obieranie owocków.
Pomysł na wpis o Zygmucnie Baumanie pozostanie czas jakiś jeszcze mieszkańcem jedynie mojej głowy, ale dawno się tak nie ubawiłam, jak tego przedpołudnia :-D
poniedziałek, 19 marca 2012

Gdy byłam dziewczęciem w początkowym stadium edukacji szkolnej, planowałam zostać stomatologiem. Mieliśmy w szkole gabinet dentystyczny z przemiłą panią stomatolog oraz z zestawem pięknych metalowych przyrządów do dłubania w zębach. Też chciałam mieć takie. I pewnie chciałam być taka miła i serdeczna, chociaż z tych aspiracji mogłam sobie jeszcze nie zdawać sprawy. Mam wrażenie, że sama istota stomatologii, czyli czynność dłubania w cudzym uzębieniu nie stanowiła centrum moich zainteresowań. Ale to było dawno...
Potem, jako świeżo upieczona nastolatka postanowiłam zostać biologiem. Więcej - chciałam cudze dzieci uczyć o roślinach, zwierzętach i tak dalej! Tak jak uwielbiana przeze mnie, wymagająca, energiczna i zawsze uśmiechnięta nauczycielka, która tego przedmiotu uczyła moją klasę.
Biologia przeszła mi w liceum na rzecz pisania i teatru. Tym razem, chociaż uwielbiałam naszego złośliwego, inteligentnego, sarkastycznego polonistę, moje plany na przyszłość nie były efektem bycia czyjąkolwiek fanką. Wynikały z odkrycia rzeczywistych zdolności i zainteresowań, które po prostu gdzieś we mnie się objawiły. Byłam przekonana - podobnie jak wspomniany polonista, opiekun radiowęzła, wychowawczyni, moja mama oraz grono jej znajomych - że zostanę dziennikarką. Fascynacja teatrem mi przeszła, pisanie zostało, ale dziennikarką nie zostałam.
Po drodze odkryłam jeszcze kilka innych zainteresowań. Żadne z nich jak dotąd nie stało się moim zawodem, to znaczy, żadne nie ma efektu ubocznego widocznego na moim bankowym koncie in plus. Kultywuję je obecnie w szczątkowej formie, albo zamierzam, kiedy oba dzieciory osiągną wzrost powyżej 120 cm. Ale tak zwaną karierę zrobiłam. W innej dziedzinie. Okazało się, że pasja i zainteresowanie nie jest do kariery niezbędne.
Nigdy nie lubiłam dzieci. Nudziły mnie, wprawiały w zakłopotanie, drażniły swoją hałaśliwością.
Aktualnie z zawodu jestem mamą oraz żoną domową. Przez cały dzień zajmuję się sprawami, którymi jeszcze 10 lat temu w ogóle się nie interesowałam, a nawet miałam je za nudne i nieprzynoszące grama satysfakcji. I czuję się szczęśliwa, spełniona i usatysfakcjonowana w stopniu, jakiego wcześniej, w tzw. karierze, nigdy nie doświadczyłam. Nic na to nie poradzę.
Kiedyś zazdrościłam ludziom, którzy wędrując na egzamin maturalny już wiedzieli, co chcą robić w życiu. Mieli pasję wypełniającą ich po pompon. Teraz już im nie zazdroszczę. Moja droga do spełnienia była po prostu bardziej pokręcona. Ale i tak je osiągnęłam, a w zasadzie osiągam każdego dnia. Raz mniej, raz bardziej, jednak nawet kiedy ostro łupie w kręgosłupie, zmywarka nie nadąża za tempem brudzenia się garów, Przedszkolak wybrzydza nad talerzem, Mała demonstruje pokazowego focha, a powierzchnie płaskie naszego domostwa zasłane są ubraniami i zabawkami na przemian z paprochami, okruszkami itakdalej, nie mam wątpliwości - jestem dokładnie tu, gdzie chcę być.
Więc już nie rozmyślam, kim będę. Bo ja już jestem. Pewnie za jakiś czas zajmę się czymś poza żonodomowieniem, może pogonię za którymś z moich hobby i zrobię z niego zawodowy i finansowy użytek. Czymkolwiek jednak zajmę się w przyszłości - ja już jestem. I tej pełni bycia nic mi nie odbierze.
Dziś zastanawiam się, czy Przedszkolak zostanie strażakiem, jak to już kilka razy zapowiadał. Znając go trochę raczej stawiam na fizyka, informatyka, czy jakoś tak w okolicy. Nie mam własnych ambicji w związku z jego przyszłością zawodową, ale jestem bardzo ciekawa ścieżek, jakimi potupta. I bardzo chcę mu kibicować.
Natomiast co będzie z Małą - nie mam pojęcia. Szczególnie po jej ostatniej deklaracji, która brzmiała:
- Jak będę więksa to będe dinozaulem!
środa, 22 lutego 2012

Będąc kobietą niezależną, samodzielną i samotną miałam niezawodny sposób na chandrę. Jesienną, zimową, wiosenną i wszelkie inne. Mianowicie wsiadałam za kierownicę swojego samochodu i wyruszałam, gdzie oczy poniosą. Czyli na Puławy. Monotonne drgania silnika, skupienie na prowadzeniu auta i dobra muzyka koiły skołataną mą duszę. Gdzieś w okolicy Góry Kalwarii chandra mijała. Okrążałam miejscowe rondo i wracałam do domu. Dla pewności - aby utrzymać efekt terapeutyczny, robiłam porządki w szafach, albo ze trzy zaległe prania, czy gruntowny kipisz w łazience z szorowaniem fug emerytowaną szczoteczką dozębną.
Obecnie zastosowanie powyższego sposobu na chandrę napotyka tak zwane trudności obiektywne. Jedyny samochód w naszym gospodarstwie domowym nader często użytkowany jest przez Męża Mego Ukochanego. A nawet jeśli akurat trafię chandrą w moment nieużytkowania - w budżecie domowym nie przewidziano środków na rekreację w postaci terapeutycznych wycieczek w okolice Góry Kalwarii. Znaczy się ja - główna księgowa tegoż budżetu - nie przewidziałam. Poza tym zawsze mam przy sobie przynajmniej jedno z moich dzieciąt. Przecież nie porzucę, żeby chandrę w trasie leczyć. A ze sobą nie zabiorę, bo upchnięte w dziecięcy fotelik samochodowy pacholę z pewnością będzie paszczą kłapać, czym zagłuszy muzykę a skupienie na prowadzeniu auta przeniesie do kategorii "Niemożliwe". Tym samym zaś zniweczy lecznicze właściwości eskapady.
W takich okolicznościach trzeba się ratować tym, co jest pod ręką. A pod moją najpewniej są dzieciory moje ukochane ze wszystkimi dodatkami. Kiedy więc chandra mnie nachodzi, wydobywam z czeluści dziecinnego pokoju puzzle. Byle duże i drobne. Padam na kolana i układam. Przedszkolak z początku patrzy nieufnie, no bo dlaczego mama zamiast zrzędzić, że nie ma czasu za to ma dużo roboty, siedzi i się bawi. Ale po chwili sprytny małolat postanawia wykorzystać tak niezwykłą okazję i dołącza do zabawy. Na to nadciąga Mała i nie zastanawiając się długo, a nawet wcale, wchodzi do gry. Układanie puzzli to dziwna czynność - wymaga skupienia a jednocześnie pozwala puścić myśli na wolny wypas. Im bardziej więc ściubię klocek w klocek, tym lepiej mi się na duszy robi. Przedszkolak metodycznie ściubi obok, co przynosi dodatkowy efekt łagodzący moje dolegliwości emocjonalne. Mała układa metodą losowo-siłową, czyli bierze dwa klocki na chybił-trafił, wciska jeden w drugi i solidnie przyklepuje łapką. Tak w niespotykanej ciszy mija nam czas do wieczora. Efektem ubocznym tego spokoju jest kumulacja energii kinetycznej tak wewnątrz Małej jak i w Przedszkolaku. Energia ta stanowczo domaga się ujścia, więc w porze kąpieli młodzież rozbiera się porzucając elementy garderoby gdzie popadnie i zaczyna szaleńczo biegać. Na golasa. Przedszkolak chudzina ze swoimi pajęczakowatymi odnóżami i Mała pląsająca chaotycznie po całej chałupie, obydwoje wydający radosne piski. Ubaw po pachy!!! Chandra odpływa w niebyt.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Mała rośnie, dorośleje i coraz bardziej próbuje samodzielności. Co objawia się między innymi głośnym "Ja scem!!!". Ale także mniej manifestacyjnie, za to bardziej nieodwołalnie. Sprzedałam właśnie krzesełko, w którym uprawiał konsumpcję kulinariów najpierw Przedszkolak, potem ona. Mała przesiadła się do "dorosłego" stołu. Siedząc na krześle wystaje nad stół wystarczająco, żeby trafić sztućcem lub łapką do paszczy. Machanie widelcem, czy łyżką nieźle jej już wychodzi, chociaż łaskawie przyjmuje wciąż moją pomoc.
Po krzesełko przyjechali mili młodzi ludzie. I kiedy patrzyłam, jak schodzą po schodach unosząc w dal ten kawałek kurnika, który nie raz przeklinałam, bo ciągle stał w przejściu, to mnie coś kujnęło w okolicy kardiologicznej. No ale przecież sobie tego krzesełka nie włożę do szkatułki z pamiątkami! Ku chwale i w uznaniu zasług wyeksmitowanego sprzętu domowego, zamieszczam nostalgiczną fotkę.

środa, 11 stycznia 2012
Co jakiś czas zdarza się dzień, który wstrząsa kurnikiem. Jeden był wczoraj. Wyglądał mniej więcej tak, że dzieciory dostały wścieklizny o przedłużonym działaniu, ja od rana siałam nerwicą po kątach. MMU próbował ratować sytuację, ale sam wobec wkurzonej trójki mógł zdziałać tyle, co z rozpędzonym te-że-we. Mężnie jednakowoż walczył.
W moim przypadku podejrzewam oczad hormonalny. Tak mi z kalendarza wynika. Oraz z tego, że żadnych innych przesłanek do nerwicy nie miałam. Dzieciory mogły się oczadem zarazić wyczuwając wzmożone napięcie w matce trzynastym zmysłem. Albo najzwyczajniejszym zmysłem wzroku dostrzegając objawy i błyskawicznie na nie reagując. Efekty były zresztą nie tylko doskonale widzialne, ale i słyszalne. Pisk, wrzask, sodomia i pogoria. Mała odmawiająca jedzenia, więc wściekła z głodu. Przedszkolak z płytą zaciętą na "Nie!". Mała rozwijająca pełen wachlarz objawów buntu dwulatki. Przedszkolak grzebiący przez godzinę w talerzu z obiadem. Kłótnie o to, kto wybiera bajki do oglądania. Obydwoje domagający się ode mnie bez przerwy czegoś - uwagi, interwencji, jedzenia, picia, czystej pieluchy, słodyczy, owoców, przyjścia, pójścia, bycia.
W zasadzie nic nowego. Mam to codziennie. No, może ten zestaw był nieco zbyt esencjonalny. I tym razem moja cierpliwość wzięła sobie niespodziewany urlop. Dziś już wróciła, chociaż jakby na pół etatu. Ale i dzieciorom wścieklizna odpuściła, więc żyć będziem.
wtorek, 10 stycznia 2012
- Ja chcę makaron - woła zawczasu Przedszkolak, zanim zdołam zaproponować coś bardziej... odżywczego? pożywnego? zdrowego?... no, po prostu coś bardziej. Albo przynajmniej coś innego niż było wczoraj i przedwczoraj.
- Ja tes, ja tes - drze się Mała z odleglego końca salonu. Zawsze wie, kiedy jest mowa o jedzeniu.
- Tylko suchy! - ostrzegawczo uzupełnia Przedszkolak.
Tu rozpoczynają się zażarte negocjacje dotyczące rodzaju makaronu, jaki mam przygotować oraz dodatków do niego. Mała chce świderkowy kolorowy, Przedszkolak więc woli rurkowy, biały. I suchy, jako wspomniałam. Moje stanowisko wyjściowe: nie będę gotowała dwóch rodzajów makaronu i makaron musi być z czymś - z tartym serem albo z siekaną szynką (plus masło, które na szczęście się rozpuści, więc potwory nie zauważą, toteż nie włączam go w obszar negocjacyjny). Dodatek do makaronu konieczny, bo te moje potomki chude są okrutnie. Nawet jeśli plasterek podziabanej szynki na makaronie tego nie zmieni, to przynajmniej swoje matczyne troski nieco ukoję wiedząc, że oprócz mąki z wodą przybranej w wymyślne kształty dostarczyłam im coś jeszcze.
Po kilku minutach zażartych targów wypracowujemy kompromis: makaron będzie świderkowy kolorowy, ale dla Przedszkolaka powydłubuję białe egzemplarze, a Mała dostanie resztę. I będzie z szynką, ale pociętą nożyczkami, a nie pokrojoną nożem. Co prawda, niezależnie od narzędzia smak jednaki, ale dzieciory muszą mieć poczucie, że coś ugrały. Wstawiam więc wodę na makaron, a w tak zwanym międzyczasie tworzę kolację dla dorosłych. Sałatka będzie.
Mała bezbłędnie wyczuwa możliwość zdobycia łupów spożywczych i żąda posadzenia jej na blacie. Ledwie siądzie, już paluszki-spryciuszki wydziobują ziarna kukurydzy z miski. Po chwili druga łapka zanurza się w sałatkowych składnikach i wyławia pokrojoną w foremną kosteczkę paprykę.
- A to mogę? Mogę? Mogę? - Mała ekscytuje się każdym kolejnym składnikiem, który dorzucam do sałatki.
- Proszę, zjedz córeczko.
- O!!! Ogólek, ogólek. Scem!
- To jest ogórek konserwowy, nie dla dzieci.
- Scem!!!
- Nie!
Chwila namysłu i kalkulacji szans wygranej w sporze.
- Papyke jesce! - Mała szybko pojęła, że w kwestii ogórków jestem nieubłagana.
Przybiega przedszkolak, dziwnie zainteresowany. I na kukurydzę się rzuca, co to jej już niewiele zostało po uczcie Małej. Jeśli tak dalej pójdzie, MMU załapie się na resztki, a ja będę żyła fotosyntezą. Kroję więc resztę składników w takim tempie, że mało sobie palców nie odrąbię. Od kalectwa wybawia mnie minutnik, oznajmiając koniec gotowania makaronu, czyli początek jego gotowości do spożycia. Zgodnie z zawartym porozumieniem trójstronnym wyławiam białe makaroniki na jeden talerz, resztę na drugi. Szynkę tnę nożyczkami. Stawiam na stół, ale nie zdążę nawet westchnienia ulgi wydobyć z płuc, że trochę sałatki się ostało, a już pojawiają się dodatkowe żądania nieletnich negocjatorów:
- Mamo, pokrój mi makaron na mniejsze.
- I mi tes, i mi tes!!!
- Ojej, gorący, to ja poproszę widelec - wcześniej Przedszkolak obstawał przy jedzeniu palcami.
- I ja tes, i ja tes diwelec!
- O piciu zapomniałaś - wypomina mi starsze pacholę.
- Hebatke w butelce i smockiem!
Wielka jest wiara dzieci moich, że pomimo posiadania jedynie dwóch kończyn górnych (a nie na przykład piętnastu) jestem w stanie spełnić wszystkie ich żądania. Jednocześnie i natychmiast rzecz jasna.
wtorek, 03 stycznia 2012
Wieczór późny, Mała już śpi, a Przedszkolak robi wszystko, żeby nie iść do łóżka. Bierny opór. Stosując wszelkie nieagresywne metody perswazji wypycham go w kierunku sypialni. Poszedł. Za chwilę muszę dołączyć do niego na procedurę "usypiania", ale jeszcze przez trzy sekundy siedzę sobie i delektuję perspektywą spędzenia kawałka wieczoru z Mężem Moim Ukochanym.
Gdzieś w drugiej sekundzie tej przejściowej błogości słychać plaskanie bosych stópek o podłogę. Boli paluszek. Trzeba zakleić plasterkiem. Natychmiast!!! Paluszek co prawda nie wygląda na ukrzywdzony w żaden sposób, ale może ma depresję, więc na wszelki wypadek zaklejam. Przedszkolak usatysfakcjonowany wraca do łóżka.
Kiedy po kilku minutach kładę się obok niego i przytulam na dobranoc, poważnym tonem stwierdza:
- Mamo, jesteś najlepszym lekarzem, jakiego znam. Umiesz robić doskonałe opatrunki.
I tak zostałam lekarzem. Nowy punkt do CV.
sobota, 03 grudnia 2011
Mała zasypia około 20tej. Jak ma za duży rozpęd, to i później. Przedszkolak wieczorem robi wszystko, żeby w łóżku wylądować jak najpóźniej. Nagle ma mnóstwo ważnych spraw, albo jest taaaaki zmęczony, że mycie zębów zajmuje mu 20 minut. Jak już zaczynam na niego warczeć, wlecze się zrezygnowany do swojego pokoju, a pokonanie tych kilku metrów i schodków zajmuje kolejne 10 minut. Gdzieś około 21:30, po walecznym pojedynku z sennością, poddaje się i zasypia. Jeśli i ja nie przegram tej walki, mam trochę wieczoru dla siebie i Męża Mego Ukochanego.
W środku nocy Mała staje na baczność w swoim łóżeczku. Pić, albo śniło się, albo misiulka, albo tylko mamy do posiedzenia przy łóżeczku. Posiedzam więc kiwając bezwładnie głową lub odciskając sobie na czole szczebelki łóżeczka. Mała zasypia dokładnie w momencie, kiedy moja senność mija. Wracam więc do łóżka i kolejne pół godziny walczę z wytrzeszczem sufitowym. Kiedy w końcu oczyska chylą mi się ku zamknięciu i błogości, słyszę kątem ucha "tup, tup, tup". To Przedszkolak łomocze piętami po podłodze, po czym staje nade mną i scenicznym szeptem melduje: "Obudziłem się, chodź mnie uśpić". No i po spaniu moim. Kolejne pół godziny spędzam z dupskiem zwisającym z łóżka Przedszkolaka, kiedy ten wierzgając zamaszyście utula się do snu. W końcu oddech mu się wyrównuje, wierzgi słabną i zasypia, a ja zapadam w drzemkę. Śni mi się, że spadam w jakąś głęboką przepaść. Budzę się na podłodze obok łóżka Przedszkolaka. W drodze do małżeńskiej sypialni otulam jeszcze kołderką Małą, bardzo ostrożnie, żeby jej nie obudzić przypadkiem. No, ale nie otulić nie mogę, bo jak zmarznie, to też się obudzi.
Wreszcie we własnym łóżku! Wtulam się w plecy MMU. Przymykam oczy i już, już zaczynam zasypiać. W tym momencie MMU odpala motor. Nie chrapie straszliwie, ale wyraźnie. To wystarczy. "Nie chrap" - szepcę błagalnie. "Oczywiście" - odmrukuje i przekręca się na drugi bok, ściągając ze mnie kołdrę. MMU jest mężczyzną słusznej budowy ciała, więc odzysk kołdry zajmuje mi nieco czasu i siły. Zaczyna świtać, kiedy po solidnej szamotaninie układam kołdrę tak, żeby było sprawiedliwie. Jeszcze rozpaczliwy rzut oka na budzik. Za godzinę milutki, acz nie znoszący sprzeciwu głosik da się słyszeć z dziecięcego łóżeczka: "Mamo, mamo, jus sie obudziłam. Choć, choć, do kuchni na mleko. Na mleeeetkoooo!!!!".
Przy śniadaniu Mąż Mój Ukochany pyta z troską: "Dobrze spałaś, kochanie?".
wtorek, 22 listopada 2011
Kładę Małą spać. Otulam kołderką, serwuję zestaw miśków i siadam obok łóżeczka. Zanim Mała wyhamuje z dziennego rozpędu, mija chwil kilka, podczas których zwykle nadaje wieczorną pogadankę o różnych ważnych sprawach. Przeczekuję pogadankę, kilkukrotne przekładanie miśków, wyrzucanie ich z łóżeczka i żądania powrotu. W końcu Mała przestaje się wiercić i milknie. Znaczy - zasypia.
Albo i nie.
Spod kołderki słyszę nagle: - A gdzie tatuś?
- W łazience - odpowiadam łagodnym, wyciszająco-uspokajającym głosem.
- A gdzie w łazience? - docieka Mała.
- W łazience, tutaj, w naszym domku.
- A gdzie w nasym domku?
- Tutaj, gdzie mieszkamy.
- A gdzie?
- Tutaj, w naszym domku, gdzie mieszkamy, gdzie się bawisz i gdzie teraz już powinnaś spać - mój głos traci nieco ze swej uspokajającej łagodności.
- A gdzie spać?
- W twoim łóżeczku.
- A gdzie w łózecku?
- Tu, gdzie się śpi - cedzę przez szczękościsk.
- A gdzie?
- W dupie! - mruczę pod nosem, żeby choć trochę rozładować narastającą frustrację.
Cisza. Znaczy Mała wyrobiła normę pytań i zasypia. Wzdycham z ulgą, lecz cichutko, żeby procesu zasypiania broń Boże nie zakłócić.
Nagle spod kołderki w zwierzątkowy wzorek słychać cichutki, lecz wyraźny głosik:
- A gdzie w dupie?
wtorek, 15 listopada 2011
W życiu kury domowej sielskim i szczęśliwym zdarzają się czasami epizody rozpaczliwe. Oto aktualna lista powodów opadu kurzych skrzydeł:
- Pół dnia dziergam super obiad, wyjątkowy, fantastyczny, no cud-miód. Obiad na stole. Przedszkolak krzywi paszczę: "A nie mogłaś zrobić rosołu?".
- Mąż wyjeżdża na dwa dni, a ja przez ten czas mam za partnerów rozmowy jedynie pięciolatka i niespełna dwulatkę. 24h/dobę minus to, co łaskawie prześpią.
- Posiłki z Przedszkolakiem. Tempo jego jedzenia niezmiennie doprowadza mnie do czarnej dziury na nieboskłonie wszelkiej cierpliwości.
- Nieustannie odnawiający się bałagan, wypełniający spontanicznie każdy wolny kawałek przestrzeni. Jak dzika roślinność lasów tropikalnych.
- Moja kolacja o 22giej, bo wcześniej nie miałam kiedy z powodu uwieszenia się na mnie dzieciorów moich własnych.
- Niewyspanie i bezsenność. Jak mi się chce spać, to nie mogę, a jak mogę to mi się nie chce.
Czy to z powodu niewyspania, czy jednak wysokiego poziomu zadowolenia z własnego życia więcej nie przychodzi mi do głowy.
|
|