Wpisy z tagiem: rosół

czwartek, 23 lutego 2012


Będzie znowu o rosole. To zadziwiające, jak niewyczerpanym źródłem inspiracji może być zwykły wywar z warzyw i mięcha.

Przedszkolak chory, więc pracowicie przyrządzane przeze mnie posiłki przegrzebuje jeszcze bardziej niż zwykle. Siedzi przy stole z miną męczennika za wiarę w wolność od jedzenia. W głębokiej zadumie robi łyżką fale na coraz zimniejszym rosole. Mnie od samego patrzenia na niego wzbiera ciśnienie śródczaszkowe, ale bardzo się staram chorego dziecięcia nie napadać.

- Mamo - odzywa się w końcu wystudiowanym słabowitym głosem - a co to za paprochy tu pływają? Okropne! Przecież wiesz, że nie lubię.

Oczywiście, wiem, że rosół musi być jak kryształ z górskiej krynicy dziewiczych rejonów puszczy amazońskiej tchnieniem ludzkim nietkniętych. Paprochy won! Dlatego synu mojemu rosół nalewam na talerz przez sitko. Zawsze.

- Przesitkowałaś mi? - pyta groźnie, a niebieściutkie oczęta świdrują mnie oskarżycielsko.

- Oczywiście, że przesitkowałam - przyjmuję atak z godnością i spokojem.

Chwila namysłu.

Pięć rosołowych fal później:

- Ale czy przez najdrobniejsze sitko?

- Tak, przez najdrobniejsze.

Kolejna chwila zadumy. Rosół o kilka stopni zimniejszy.

- Ale czy przez duże, czy małe?

- Przez małe.

Przedszkolak trawi. Bynajmniej nie zawartość swojego talerza, lecz pozyskane informacje.

- Ale nie przez to, co się stawia i zahacza?

- Nie, nie przez to.

- Tylko przez to, co się trzyma w ręce?

Czuję, jak w mojej gardzieli wzbiera gulgot i za chwilę z siłą wulkanu się ujawni i szlag trafi moje postanowienie bycia wyrozumiałą matką dla chorych dzieci własnych. Ostatkiem sił cedzę przez zęby:

- Przesitkowałam-przez-najmniejsze-sitko-najgęściejsze-jakie-mamy-w-domu-plastikowe-które-się-trzyma-w-ręce. Jedz wreszie ten rosół!

Przedszkolak popatrzył niewzruszony i niezupełnie przekonany. Miotnęłam się więc w kierunku zmywarki, otworzyłam w połowie mycia, zanurzyłam górne pół siebie w kłęby buchającej pary i wygrzebawszy rzeczone sitko położyłam je na stole, centralnie in front od Przedszkolaka. W ten sposób udowodniłam ostatecznie swą niewinność.

- To poproszę o słomkę - rzekł łaskawie Przedszkolak, po czym przez tęże słomkę wysączył zimny rosół.

środa, 04 stycznia 2012

Dawno o rosole nie było :-) No to będzie. Przedszkolak ma zapalenie płuc i do fabryki nie pójdzie przynajmniej przez trzy tygodnie. Rosół jest jedyną zupą, którą akceptuje, więc mam przed sobą 21 dni gotowania rosołu i wymyślania z niego wariacji przeróżnych. Trzeba bowiem zadowolić i nakarmić Przedszkolaka, a reszcie rodziny nie obrzydzić tej szlachetnej zupy. Plan urozmaiceń rosołowych na najbliższe dni jest taki:

Zapiekankę z ryżem tym razem w wersji hawajskiej popełnię. Czyli z rosołu mięsko podziabię w kostkę, dorzucę takoż podziabane ananasy z puszki, kukurydzę z puszki drugiej i ze dwie garści rodzynek (czy rodzynków?). Wymieszam to z ugotowanym ryżem (2 torebki zwykle wrzucam), doprawię ziołami prowansalskimi i w żaroodpornym naczyniu z pokrywką umieszczę uprzednio wymięszawszy. Posypię startym serem żołtym i suszoną bazylią. Do piekarnika na jakieś pól godziny, może trochę dłużej. Gotowe. Przedszkolak tego nie tknie, ale on będzie miał rosół, a reszta rodziny powinna być usatysfakcjonowana.

Potem ugotuję następny rosół i zrobię z niego pasztet. Z gara rosołowego wyłowię, co tam pływa - kurzęcy zewłok i warzywka, potraktuję wszystko razem maszynką do mielenia mięsa razy dwa albo trzy nawet, do towarzystwa dodając cebulę. Do powstałej papy wbiję jajo, wsypię suszonego koperku i - jeśli papa zbyt rzadka - bułki tartej. W ramach eksperymentowania na rodzinie można by dodać ziaren słonecznika, więc jeśli mnie fantazja poniesie, będzie pasztet ziarnisty. Formę wedle fachowej literatury trzeba oliwą wysmarować i wysypać tartą bułką. Przełożyć do niej papę pasztetową i piec w 180 stopniach około pół godziny. 

I zobaczymy, co z tego wyniknie.

piątek, 02 grudnia 2011

Mam taką ideę fix, żeby się nie marnowało. I żeby nudno na talerzach nie było. Więc jak już wymiksuję z rosołu obowiązkową pomidorówkę, warzywną zupę-krem oraz zupę serową to mi poziom kreatywności wzrasta i kombinuję dalej.

Zapiekanka porosołowa

Co tam w aktualnym rosole pływa kroję na małe kawałeczki, potem robię przegląd lodówki i co mi w ręce wpadnie kroję takoż. Może być np. papryka, pieczarki, cebula, puszka kukurydzy albo groszku... W sporej misce mięszam to wszystko z ryżem (2 torebki u mnie wystarczają), nasypuję przypraw trochę (bazylia, suszona pietruszka, zioła prowansalskie, soli trochę, papryka słodka - co tam mi akurat na niuch pasuje). Przekładam wszystko do żaroodpornego naczynia, posypuję startym żółtym serem i suszoną bazylią. Przykrywam i do pieca! Tak na oko ze 170 stopni i jakieś pół godziny.

Na talerzu zakeczupić można, jeśli kto lubi.

sobota, 26 listopada 2011

Nie będzie obcokrajowiec pomidorówki nam wypominał! Schematom mówimy stanowcze nie! I jeszcze kilka okrzyków bojowych wznoszę :-)

the_dzidka - dzięki za inspirację!

Zupa serowa z rosołu gotowa:

Warzywa pływające beztrosko w rosole rozgniatam narzędziem do miętoszenia ziemniaków na puree. Narzędzie takie tyle ma kształtów, ilu producentów. Moje to metalowe kółko z kwadratowymi otworkami. Na kiju oczywiście. Rozdrabnia mi te rosołowe jarzyny, a nie robi z nich papki, ani zupy-kremu. I o to chodzi. Wrzucam do tego puszkę konserwowego groszku i starty żółty ser. Zwłoki kurzęcie, czy jakie tam ten rosół ozdabiają, dzielę na kości i mięsko - kości się marnują z powodu braku psa w najbliższej okolicy, a mięsko posiekane świetnie się w zupie komponuje. 

Ser w zupie rozpuszcza się na różne sposoby, zależy od gatunku sera. Czasem do nicości - zabiela zupę i nadaje jej smak, czasem tworzy wiórki, które fajnie skrzypią w zębach, a czasem wielkie serowe gluty. 

Mniam!

piątek, 28 października 2011

Żeby się nie narobić a towarzystwo domowe nakarmić.

Pierwszego dnia gotuję rosół. W garze. Dużo. Do tego makaron i mamy rosół z makaronem, który u nas lubią wszyscy domownicy. Jak mi się chce, to dla młodszej dzieciny robię wersję delicate:

Wyławiam z dużego gara gotowego rosołu porcję akurat dla dziecięcia oraz marchewkę i trochę mięska odskubanego od kości. Dalsza procedura przebiega już w mikroskali czyli w małym rondelku. Do zaczerpniętego rosołu dorzucam pół łyżki kaszy manny błyskawicznej, która mi się błyskawicznie gotuje, tyle że mieszać trzeba. Potem dorzucam rozciapaną widelcem marchewkę oraz posiekane drobno mięsko. Gotowe.

Drugiego dnia miksuję wszystko, co zostało z dnia poprzedniego, czyli pozostały rosół, warzywa i mięsko odskubane misternie od kości. Robi się z tego zupa-krem, którą podaję z groszkiem ptysiowym i kleksem śmietany.

Trzeciego dnia do pozostałej zupy-kremu dodaję 1-2 puszki pomidorów i ponownie miksuję. Czasami doprawiam bazylią suszoną. Dzieciom zabielam mlekiem - już na talerzach, a dorosłym nie. Do tego makaron lub ryż - zależnie od bieżących upodobań rodziny.