Wpisy z tagiem: kura domowa

wtorek, 08 maja 2012

foto pożyczyłam stąd: http://www.zwdomowe.pun.pl/kura-domowa-233.htm. Dziękuję.

 

Komentarz Srokiwgarści zapadł mi w myśl. Skutki uboczne są takie, że sama siebie pytam, czego ja się tak wściekam na tę kampanię "Kobito pracuj, to cię uszczęśliwi". Przepycham się umysłowo sama z sobą, prowadzę wewnątrzczaszkową dyskusję, podważam własne argumenty. Sprawdzam, czy to, przy czym się upieram jest dla mnie samej prawdziwe i słuszne. I z tych zmagań samej z sobą wewnątrz własnego umysłu wynika, że chodzi mi naprawdę o kilka spraw. Najpierw o stereotypy, z tymi o kurze domowej na czele. Potem o wolność wyboru, o którą okazuje się nie jest łatwo w świecie masowej konsumpcji i masowej informacji. I jeszcze o szacunek. Oraz o kłamstwa i manipulacje. To tak z grubsza.

Stereotyp bezmyślnie umacniany przez media to kura domowa jako zaniedbana, smutna, brzydka kobieta, która zajmuje się siedzeniem w domu. Sprząta, gotuje i opiekuje się własnymi dziećmi, bo nic innego nie potrafi. Powszechnie wiadomo, że sprzątać, gotować i pilnować dzieciaków to każdy umie, ergo - kura domowa żadnymi szczególnymi umiejętnościami się nie odznacza. A ja twierdzę przeciwnie. Otóż nie każdy gotuje zjadliwie, bo nie każda suma produktów jadalnych jest jadalna. Nie każdy sprząta tak, by efektem tego procesu był porządek, a nie bałagan w innym miejscu. A przede wszystkim kura domowa nie siedzi - chyba że w toalecie lub podczas posiłku przy stole, bo zaiwania cały dzień. Nie tylko sprzątając, czy gotując, ale robiąc miliony innych rzeczy - ciekawych i nudnych, wymagających rozmaitych umiejętności, wiedzy, doświadczenia. Piszę więc tu o tym, co robię, jakie "projekty" domowe realizuję. Tworzę sobie hipotetyczne CV, gdzie notuję jakie doświadczenie zawodowe zdobywam będąc tylko domową gospodynią. Walę łbem w ten stereotyp babiszcza niczego sobą niereprezentującego z przekonaniem, że kiedyś musi powstać w nim rysa.

Kura domowa jest też standardowo kobietą nudną, niechętnie widzianą w towarzystwie, no bo o czym ona może cokolwiek powiedzieć - o dzieciach i kuchni? Zresztą i tak jest pewnie niewykształcona, albo po prostu głupia, skoro tak w domu siedzi. Jakby była inteligentna i/lub miała wykształcenie, to by sobie normalnej roboty poszukała i się realizowała jakoś. Wpisy mojego bloga mają być więc także manifestacją sprawności intelektualnej oraz świadectwem posiadania komórek mózgowych i robienia z nich użytku. A w kwestii wykształcenia - posiadam dwa kwity na rozum: jeden to uniwersytecki mgr filozofii, a drugi to licencja na politologię ze specjalizacją dziennikarską. 

Kolejny lansowany stereotyp to taki, że w dzisiejszym świecie kobieta może być szczęśliwa i spełniona tylko pracując zawodowo. Już słyszę tupot nóg tłumu kasjerek z Tesco, które biegną, by podpisać się pod tym sloganem. Z pieśnią na ustach. Nie potępiam tej mocno promowanej drogi do szczęścia, ale walczę o inną - swoją własną. Propaganda kobiecej kariery przypomina mi czasy, kiedy była jedna obowiązująca linia światopoglądowa. Marginalizowanie, a raczej przemilczanie istnienia alternatywnych sposobów na osiągnięcie szczęścia i spełnienia jeży mi sierść na grzbiecie. W kraju demokracji uprzejmie proszę o wolność wyboru i szacunek dla poglądów odmiennych od tych najgłośniej reklamowanych. Wzajemność oferuję już teraz - nie próbuję reformować kobiet, które mieszczą w jednej teraźniejszości 8 godzin pracy zawodowej, czas dla dzieci, czas dla męża, domowe obrządki, fitness, kosmetyczkę, szoping, życie towarzyskie... Ani ich nie oceniam, ani nie mam się za lepszą matkę, ani nie mam się za gorszą kobietę. Jedyne, co głoszę to to, że inaczej też jest pięknie. 

Piszę o różnych przygodach żonodomowych, czasem śmiesznych, czasem mniej, na dowód mojej szczęśliwości pomimo niepracowania oraz na dowód tego, że w życiu kury domowej jednakowoż coś się dzieje, poza standardowym gotowaniem, praniem, prasowaniem. Pomysłów na wpisy blogowe noszę w głowie więcej, niż jestem w stanie wystukać na laptopie. Inspiracje napadają mnie codziennie. Wyskakują z tego ponoć nudnego, monotonnego życia domowej kobity. I bywa wesoło, ciekawie, dziwnie, zaskakująco, intrygująco, wzruszająco... Bo dlaczegóż wizyta anielskiego elektryka ma być mniej interesująca od zebrania zarządu korporacji? Dlaczego improwizowana poezja mojego dwuletniego dziecięcia ma być mniej pasjonująca od ploteczek przy biurowym ekspresie do kawy? 

Stawiam swoje kurnikowe życie jako atrakcyjną alternatywę dla życia w korporacji. I żeby nie było, że teoretyzuję i gdybam sobie. Mam za sobą ponad 10 lat pracy w dużej firmie z całkiem zadowalającą karierą. Więc kiedy piszę o korporacyjnym kurniku, kiedy go sobie porównuję ze swoim domowym, piszę o tym, czego sama doświadczyłam, a na co teraz mogę spojrzeć z dystansem - czasowym i przestrzennym.

To tak po wierzchołku góry lodowej sobie tu poskakałam. Będzie się ta góra co jakiś czas kawałkami wynurzać.

A dla tych, którzy przysnęli w trakcie wywodu, wersja skrócona:

Chodzi mi o to, że będąc żoną domową:

1. Jestem szczęśliwa i spełniona.

2. Mam ciekawe i urozmaicone życie.

3. Nie mam kurzego móżdżku, lecz całkiem sprawnie funkcjonujący intelekt.

4. Udomowienie jest moim wyborem, którego dokonałam na obecny etap życia. Domyślam się, że ten etap kiedyś dobiegnie końca i być może jednym z elementów kolejnego będzie praca zawodowa. 

5. Jak każdy człowiek nie lubię być lekceważona i pomijana, a mój sposób na życie w jego obecnym etapie zasługuje na szacunek tak samo, jak inne.

6. Niektórych ludzi kariera uszczęśliwia, ale nie jest to jedyny sposób na szczęście - tak własne jak i okolicznych bliskich.

7. Stereotypy są krzywdzące.

8. Dbam o siebie i choć ikoną stylu pewnie nigdy nie zostanę, jestem atrakcyjną babką, która w swoim kurniku paraduje w fajnej kiecce i z makijażem na obliczu. 

9. Wiele umiem i mam doświadczenie bardzo wielobranżowe, a zdobyłam je mierząc się z bajecznie kolorowym wachlarzem wyzwań stawianych przez moje domowe nanoprzedsiębiorstwo.

10. Wściekam się, kiedy ludzie - czy to bezpośrednio, czy w mediach - oceniają mnie i moje życie nie mając o nim bladego pojęcia. 

11. Nie twierdzę, że będąc kurą domową jestem lepszą matką czy żoną od innych. Twierdzę, że nie jestem od nich gorszą kobietą.

Howgh!

piątek, 20 kwietnia 2012

Jest! Jest! Jest! Nowa kampania społeczna w telewizorni, gdzie się na sztandarach wypowiada walkę stereotypom. Spocik taki, gdzie najpierw widać kocmołucha w okolicznościach kuchennych - włos tłusty, cera szarosina, ciuch rozwleczony od tygodnia domagający się prania i nieszczęśliwość wypisana na zmarszczonym krzywo obliczu. W tle jakieś dziecię. Męski głos grobowym złowieszczym tonem oznajmia z offu: "Mama musi siedzieć w domu". Drugie ujęcie - pan elegancki w garnitur obleczony w okolicznościach dla odmiany biurowych - nowoczesność, metal i szkło, jasność i tlen w dużych ilościach. Elegancki pan mówi coś o tym, że mama musi zajmować się dziećmi, że nie może robić kariery, czy jakoś tak. A potem kolejne ujęcie - ten sam pan, z uśmiechem, w domowych ciuchach i wnętrzach oświadcza, że teraz to mama ma wsparcie. Lecą hasła: "Elastyczny czas pracy", "Praca w domu" i jeszcze kilka takich ładnych. Oraz widać stukającą w komputer zadbaną kobietę, a w tle pan - ten od garnituru - nosi na rękach dziecię. Idylla. I stanowcze deklaracje walki ze stereotypami. Bardzo stanowcze.

Natychmiast pognałam do największego lustra w kurniku i dokonałam dokładnych oględzin w poszukiwaniu kocmołucha. Włos uczesany, makijaż na licu - świeży, dzisiejszy, powyciągany dresik - brak, a w to miejsce sukienka odsłaniająca nawet zgrabną łydkę oraz kolano, rajstopy bez oczek. Spojrzenie dziarskie, nieszczęśliwości na twarzy nie widać. Kocmołucha brak. Znaczy nie zmieściłam się w paradygmacie. Znowu.

Jak na kampanię walczącą ze stereotypami, coś bardzo stereotypowa ona. Jak kobieta domowa, to musi być kopciuchem obrzydliwym i nieszczęśliwym, z mężem okrutnym, co to w eleganckim garniturze i biurze, a tam w domu ona zniewolona. I ten drugi obrazek, gdzie to praca tak zwana zawodowa oraz tak zwana kariera są jedynymi sprawcami kobiecego szczęścia i spełnienia. Jak tylko kobieta zaczyna pracować, od razu z żaby zmienia się w księżniczkę. I już worów pod oczami nie ma i się pewnie doskonale wysypia, a w każdym razie wygląda na wypoczętą, i się ubiera i maluje i generalnie praca zawodowa wyprowadza kobietę ze strefy mroku we wszechogarniającą jasność. 

Mam pręgę zjeżoną na grzbiecie! Taka to walka ze stereotypami jak z koziej dupy trąba. Oświadczam po raz kolejny i powtarzać będę do znudzenia, że kobiety to nie owce w stadzie i ścieżki do szczęścia wybierają różne. Czasem jest to praca zawodowa, a czasem życie domowe, czasem rozwiązłe singielstwo, czasem związek na kocią łapę, a czasem monogamiczne małżeństwo od kołyski aż po grób. Oraz wiele innych wariantów. Z dziećmi hurtem lub w ogóle bez. Albo w liczbie niewielkiej jednego lub dwojga.

Nie jestem przeciw którejkolwiek z tych dróg. Nie jestem przeciw zawodowej karierze kobiet. Ale jestem bardzo przeciw propagowaniu jednej i jedynie słusznej drogi spełnienia kobiet. 

Jakie to jest równouprawnienie?! Co z tego, że mogę pójść na wybory i postawić krzyżyk przy nazwisku, które mi się spodoba. Co to za równouprawnienie, jeśli poza wyborami jestem dyskryminowana - media pokazują mnie zawsze jako kocmołucha, a społeczeństwo w różnych swoich przejawach daje jednoznacznie do zrozumienia, że jestem kobietą gorszej kategorii. Media wmawiają mi, że jestem nieszczęśliwa, a koleżanki z byłej pracy patrzą z politowaniem, jak patrzy się na nieudacznika.

Otóż nie jestem nieszczęśliwa. I uważam, że mój obecny stan kobiety udomowionej jest obszarem wielu sukcesów. Doznałam kariery zawodowej, było fajnie, a teraz chcę być w domu z moimi pisklakami. Chcę gotować, sprzątać, być dla dzieci autorytetem, a dla mężczyzny mojego życia niezastąpionym wsparciem. Chcę zarządzać naszym prywatnym centrum wszechświata i jest to dla mnie teraz najważniejsze miejsce na świecie. Oraz źródło satysfakcji i spełnienia. A czym się społeczeństwu zasłużam? Otóż wychowuję kawałek nowego pokolenia - dwójkę osobników, które za czas jakiś będą decydować o kształcie rzeczywistości - w skali mikro a może w skali makro. Oraz sprawiam, że Mąż Mój Ukochany może pracować mocniej i wydajniej, mając mnie i dom na linii wsparcia.

Chciałabym, żeby nie wmawiano kobietom, że są cokolwiek warte tylko wtedy, kiedy ich życie można przeliczyć na pieniądze i kiedy dokładają swoje co nieco do Produktu Krajowego Brutto.

Tako rzecze kura domowa!

środa, 07 marca 2012

Jestem idealną panią domu. Albo doskonałą gospodynią. Czy jakoś tak. No, może na 80%. Ostatnio znów zrobiliśmy z MMU To. I wpadła mi w ręce książka właśnie o idealnej/perfekcyjnej/doskonałej pani domu/gospodyni. Nie mogę sobie przypomnieć tytułu, ale właśnie jakoś tak brzmiał w okolicach. Że jak nią być. Fascynujące! Wertowałam ze trzy kwadranse. Jeśli to, co tam znalazłam definiuje doskonałość w zakresie prowadzenia gospodarstwa domowego, jestem nią.

Na przykład jestem idealna, ponieważ układam metalowe miski jedna w drugą według wielkości. Jak również garnki. Mam osobną szufladę na skarpetki, osobną na gatki i jeszcze inną na apaszki, choć mogłabym wszystko spontanicznie wymieszać i trzymać w plastikowym worze. W szufladzie na sztućce mam wkładkę z przegródkami. Talerze w szafce układam według wielkości. Wszystkie przyprawy trzymam w jednym miejscu, a nawet posunąwszy się do ekstremum ułożyłam je alfabetycznie. Oddzielam pranie kolorowe od białego. Trzymam przybory do pisania wetknięte na sztorc w jednym wazoniku, a kuchenne sztućce robocze w dużym słoju przy kuchence. I tak dalej. 

To, że ktoś napisał książkę, zawierającą takie i podobne instrukcje postępowania nie znaczy jeszcze, że wpadając na nie samodzielnie czynię coś niezwykłego tudzież doskonałego. To, że ktoś to dzieło wydał daje już więcej do myślenia. A mianowicie, ktoś - czyli wydawca - pomyślał, że na takim poradniku zrobi kasę, a więc, że ktoś, a nawet sporo ktosiów go kupi. Znaczy, że komuś, wielu komusiom takie porady są potrzebne. 

Przypomniałam sobie znajomą, która powiedziała kiedyś, że wynajmuje panią do sprzątania, bo sama posprzątać nie potrafi - boi się, że te wszystkie płyny, żele i spreje jej się pomieszają i nie odgadnie, co do czego i jaką szmatką. A mi się nie miesza. 

Naprawdę jestem w tym dobra.

I okazuje się, że nie jest to takie banalne. Że umiejętność ogarnięcia własnego domostwa i pospinania wszystkich jego kawałków w sprawnie funkcjonującą całość nie jest umiejętnością wrodzoną, ani też daną w pakiecie startowym każdemu jako załącznik do dorosłości. Choć dla mnie do tej pory wszystko to było oczywiste i funkcjonowało na zasadzie odruchu Pawłowa. Nie, że się ślinię na widok odkurzacza, ale że tę miskę w miskę układam bez namysłu, ot tak sobie po prostu.

Wyciągnąwszy takie oto wnioski ze spotkania z książką, która ma w tytule coś o doskonałej, czy idealnej pani domu, zaczynam bardziej doceniać moje umiejętności. Doskonałość swą sumienne oceniając na jakieś 80%, pozostałe 20 przekazuję na rzecz nieudanego biszkopta o konsystencji podeszwy i kilku pomniejszych niedociągnięć. I utwierdzam się w przekonaniu - jeśli można jeszcze bardziej, że kura domowa sroce spod ogona nie wypada. Żałuję tylko, że sama nie wpadłam na to, by udziergać taki poradnik. Cóż, może uszydełkuję inny...

poniedziałek, 20 lutego 2012

Zdarza się kurze domowej w wielki świat czasami wyruszyć. W ramach wycieczek krajoznawczych byłam ci ja ostatnio w pewnej korporacji. No pięęęknie! Aż dech zapiera! Windy cichobieżne, marmury głaciutkie zimniutkie, bezustannie froterowane przez smutnego pana na traktorze, drzwi ogromne kręcą się cicho mrucząc. Wszędzie lustra ogromne, pokazujące mi moją małość i marność względem wielkiego świata. Cichobieżne wykładziny, nieotwieralne okna na całą ścianę, ufokształtne fotele przy biurkach... Dizajn i glamur! 

Zza ustawionych w starannie zaprojektowany rządek biurek wystają nieznacznie szarawe twarze pracowników. Korporacyjny wyraz twarzy nie przewiduje uśmiechu w standardzie. Jak również w normach pracy nie ma miejsca na kwiaty w doniczkach, dyskretnie grającą muzyczkę, czy jakiekolwiek inne elementy mogące choć trochę ocieplić i uczłowieczyć atmosferę pracy. Żeby przypadkiem klienci nie pomyśleli, że ktoś tu jest nieprofesjonalny. Takie wymagania rynku - powie pewnie lokalny władca-dyrektor rozkładając ręce w geście bezradności. Co ma znaczyć: "Nie, no ja to jestem dusza-człowiek, cacany taki, ale wiecie, RYNEK ma swoje wymagania, firma musi robić odpowiednie wrażenie i pi-ar. Zresztą, ludzie źle nie mają - biuro piękne, nowoczesne, komputery, każdy ma swoje miejsce. A że okna się nie otwierają, muzyka nie gra, światło dzienne nie dociera przez ciemne szyby - no już bez przesady! Ludziom się w dupach przewraca!".

Siedzą więc pracownicy, każdy przy swoim metrze kwadratowym biurka, z przydziałowym długopisem i koszem na śmieci. Oddzieleni od siebie połściankami. Siedzą na nowoczesnych krzesłach i dziubią w klawiatury komputerów. Wypisz wymaluj chów klatkowy drobiu. Gdyby znosili jajka, miałyby stempelek z "3" na początku. Ale ferma nowoczesna, światowe standardy.

Jeśli to kogoś uszczęśliwia, to niech będzie, że się czepiam.

Nie twierdzę, że u mnie byłoby "0", czyli chów ekologiczny. Ekologiczni to są moi znajomi, którzy w górskiej głuszy mieszkają, hodują własne warzywa, oddychają czystym powietrzem i widoki mają przepiękne na świat. W jajkowej klasyfikacji swój kurnik uplasowałabym gdzieś między "1" a "2" - chów na wolnym wybiegu, tylko okoliczności przyrody mało zachwycające: osiedlowy trawnik obficie nawożony psimi kupami to jednak nie to samo, co bieszczadzkie połoniny...

czwartek, 16 lutego 2012

Veni pisze, że ma kumulację biurową. I że może też by w totka. Bardzo inspirująco i malowniczo. Ja mam to samo w wersji na kurnik. 3.0. Specyfikacja z 24 godzin poniżej.

Pada śnieg a wiatr podwiewa go pod fartuszki moim oknom wdachowym. Tam sobie śnieg topnieje, po czym wlewa się burymi strużkami do sypialni, zostawiając doskonale widoczny wzorek na niedawno pomalowanych ścianach. Niedawno i własnoręcznie przeze mnie. Do dziś w krzyżu czuję, że mam świeżo malowane. A teraz mam świeżo malowane z jeszcze świeższym ornamentem w zaciek. Przezorna byłam więc farba jest zmywalna. Ale zacieki nie. Pan fachowiec od okien, może przyjść dopiero w przyszłym tygodniu, bo teraz to on w Łodzi na targach rezyduje. A kolegi żadnego tutaj nie ma, co by go zastąpił, bo firma ogranicza zatrudnienie. Przez najbliższe dni mogę więc siąść i płakać razem z moimi oknami. I planować malowanie poddasza na wiosnę.

Przedszkolak w ramach solidarności z materią nieożywioną ma wyciek z nosa. Katar czyli. Do fabryki z katarem nie pójdzie, więc muszę z dostępnych a akceptowanych przez niego produktów wyczarować jakiś obiad. Tak w ogóle to obiad codziennie robię, tyle że Mała zeżre wszystko, więc nie muszę się jakoś specjalnie namyślać. A Przedszkolak je tylko to, co lubi, a lubi niewiele. Oprócz nagłej konieczności dostosowania planow obiadowych do wybrednego gustu mojego dziecia, mam też dodatkową atrakcję w postaci zgłaszanych z częstotliwością co 10 sekund potrzeb pilnych, zapytań ważkich, wymagań kategorycznych, oczekiwań niecierpiących zwłoki, postulatów i pomysłów nie z tej ziemi.

Mała dorwała się przed obiadem do utartej marchewki. Wyżerała garściami, żeby jak najwięcej zanim ktoś ją na tym przyłapie. Efekty: bluzeczka po łokcie upaprana marchewką, która się nie spiera żadnym detergentem, Mała ożarta marchewką po korek, więc już obiadu nie tknie, marchewka, co miała być do obiadu dla wszystkich, została pożarta niemal do nicości - dla Przedszkolaka jeszcze jakieś resztki wyskrobałam, ale dla siebie otworzę chyba słoik ogórków...

Przedszkolak włączył płytę Gawędy. Nie mam nic przeciwko, lubię nawet. Tylko piosenka o Korczaku rozwala mnie emocjonalnie. No i mam duszę sponiewieraną do wieczora.

Żelazko zdechło. Dobre było, Rowenta, bardzo poważana przez moją Rodzicielkę. Nawet nie bardzo wiekowe - dwa lata najwyżej. Nie wytrzymało starcia ze składem chemicznym naszej wody z kranu i zarosło kamieniem na śmierć. Drugie, jakie mamy "na wszelki wypadek" okazuje się przyprawia korki elektryczne o spontaniczne wyskoki. Dokonałam więc naprędce wykopalisk archeologicznych w schowku na różne graty i wygrzebałam antycznego Philipsa, co to jeszcze pamięta czasy, kiedy MMU i ja prowadziliśmy osobne gospodarstwa domowe. Ma co prawda rozbebeszony nieco kabel i niesprawny jakiś guzik, ale nadal prasuje.

Sąsiad zademonstrował mi zaciek na swojej ścianie. Ale nie w ramach sąsiedzkiej empatii do moich własnych wykwitów ściennych lecz w związku z podejrzeniem, że to ja go zalewam. Nie wiem, czym i jak, bo nad pokojem jego dziecia to ja mam akurat wspomniany schowek na graty przeróżne. Ale coś zadziałac w sprawie trzeba. Czeka mnie wytarganie ze schowka owych gratów, których liczba nie cztery, nie czterdzieści cztery, lecz raczej czterysta czterdzieści i cztery. Z kronikarskiej skrupulatności nadmienię, że do schowka wchodzi się w pozycji zgiętej w pasie w głęboki pokłon lub na kolanach. Mój kręgosłup już się cieszy.

Zima jest to w domu jest zimno. Na rozgrzewkę zrobiłam sobie gorący napój imbirowy z miodkiem i cytryną. Potem Mała zażądała "na sedes", potem Przedszkolak zapotrzebował pić, potem trzeba było podwieczorek sporządzić, potem wymienić zasieki przeciwzaciekowe z chusteczek powtykanych w szpary okien, potem zbudować miasto z geo-magu... A kiedy mój napój znów napatoczył mi się na linię wzroku, był już raczej orzeźwiający niż rozgrzewający.

Teraz pointa: 

 Mała woła siedząc na kiblu:

- Maaaamoooo! - daje ile pary w płucach, chociaż stoję tuż obok niej i pilnuję, żeby na łeb nie spadła.

- Co? - odpowiadam uprzejmie.

- Gdzieeee jeeeesteeeeś? - drze się nadal entuzjastycznie.

- Tutaj, obok ciebie.

- W kosmosieeeee?

- Tak, w kosmosie - przytakuję odruchowo i bezmyślnie.

- Nie - stwierdza rzeczowym i stanowczym tonem moje młodsze dziecię - jesteś w niebie.

No pewnie. W siódmym!

 

PS.

Mała obiad jednak pochłonęła. Nie wiem, gdzie ona to wszystko mieści.

niedziela, 05 lutego 2012

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, w zamkowej wieży żyła sobie księżniczka. Do roboty nic nie miała, o bożym świecie nic nie wiedziała, tylko w tej wieży siedziała i włosy jej rosły.

To zupełnie odwrotnie niż kura domowa. Roboty pełne ręce, to wiadomo, ale że kura jest na bieżąco z tym, co się na świecie bliższym i dalszym dzieje to może niektórych dziwić. A i owszem, wiem o ACTA, o aferze z receptami, o zaginionej dziewczynce, która już nie jest zaginiona. Wiem o Wisławie, której epitafium nie napiszę, bo u Dwóch Pań przeczytałam takie, pod którym wszystkimi kończynami się podpisuję. Co prawda z braku czasu zazwyczaj telewizorni wiele nie oglądam, internet czytuję pobieżnie - tyle, żeby wieści w skrócie mieć na bieżąco, z prasy, jeśli znienacka wpadnie mi w ręce, rzucam oczami po nagłówkach i lidach. Mimo to nie tracę kontaktu i do królewny z wieży daleko mi nie tylko z powodu niewłaściwego koloru krwi.

To Mąż Mój Ukochany jest nieocenionym źródłem informacji wszelkich. W naszym kurnikowym podziale obowiązków jemu przypadło froterowanie się o świat. I z tego świata znosi mi co ważniejsze i głośniejsze echa. Odcedzone z sensacyjnego śmiecia i dziennikarskich trików mających podgrzać oglądalność i czytalność. Kto, co, gdzie, kiedy, jak, dlaczego, po co, komu, ile. Globalnie, krajowo, lokalnie i na skalę powiatu. Co w polityce, co w nauce, co w kosmosie, co w kulturze. W kategorii Nowe Media MMU jest bezkonkurencyjny! I wykluwają się nam bardzo inspirujące dyskusje - MMU streszcza bieżący świat, ja dorzucam nieco kurzej filozofii i jazda...

Ale MMU, jako nowe medium, ma zasięg merytoryczny dalece szerszy niż tylko bieżące informacje ze świata. Zaskakuje mnie na przykład przemową następującą:

- Czy wiesz, ile jest bakterii na 1 hektarze gleby, przy czym za glebę przyjmuje się warstwę grubości około 25 centymetrów?

- ??? - odpowiadam oczami, bo i tak wiem, że mi powie, ale nie od razu.

- No zgadnij. Spróbuj oszacować.

Nie umiem szacować. Ani określać na oko odległości, wagi i tym podobnych parametrów. Na oko jedynie przyprawiam kulinaria. O czym MMU wie doskonale, ale musi zbudować odpowiednie napięcie.

- 8 ton - zawiesza głos, żeby do mnie dotarło - 8 ton bakterii na hektar. To tyle, ile waży 16 krów!

Dotarło. Ale żeby wyjść z twarzą dorzucam:

- A ile to będzie w przeliczeniu na wielbłądy?

Od MMU wiem także, co to jest wirówka frakcyjna, który ser jest najlepszy na rynku, dlaczego oskarżenie o dyskryminację jest ewenementem prawnym i czym się różni od oskarżenia o molestowanie, po co sypie się wapno na glebę, jak się fachowo nazywa kałuże na polach... Wszystko to Mąż Mój Ukochany przywleka do domu z pracy. Nie jest jednak ani rolnikiem, ani producentem serów, ani prawnikiem. Kwestię jego zawodu rzucam na pastwę Waszej wyobraźni.

sobota, 04 lutego 2012

Czasami nachodzi mnie na produkcję spożywczą hurtem. Hormony jakieś, czy może wpływ księżyca i Jowisz w koniugacji z Wenus a Mars w deklinacji z Herkulesem. A może głęboko ukryta natura hurtownika, bo taka produkcja masowa ciągnie się za mną od wczesnej młodości durnej. Dawno, dawno temu bywałam bowiem w górach na turystycznych obozach, czasem wędrownych, czasem podnamiotnych. Mieliśmy opiekuna z kuchenną fantazją, więc oprócz przygotowywania co rano kilku ton kanapek z mielonką turystyczną, żeby czterdzieści głodnych paszcz się nażarło, zdarzało mi się na przykład smażyć kurzęcie wątróbki, takoż dla czterdziestki jamochłonów. Zakładając, że każdy musiał wchłonąć trzy do pięciu sztuk wątrobowych, żeby cokolwiek w żołądku poczuć na kształt posiłku, lekko licząc pitrasiłam tychże wątróbek ze sto pięćdziesiąt. Na ognisku. Że nie wspomnę o hektolitrach zup przeróżnych, bigosie mieszanym żerdzią w kotle i tym podobnych wyzwaniach. Dowód obrazkowy załączam powyżej, chociaż jak się bliżej przyglądam to tu akurat chyba racuchy, a nie wątróbki.

Dzisiejsza wena hurtowa poskutkowała wyprodukowaniem siedmiu litrów rosołu, osiemdziesięciu sześciu pulpetów indyczych, jednego uduszonego w warzywach udźca indyczego i dwudziestu ośmiu muffinów. Produkcja zajęła mi cztery godziny. A dzięki temu, że mam obecnie do wyżywienia dziesięć razy mniej paszcz niż w czasach uprawiania turystyki górskiej, zapasów wystarczy mi na kilka dni. 

W tym czasie MMU, z poświęceniem własnego zdrowia, wykonywał resuscytację krążeniowo-oddechową naszemu samochodu na mrozie. A konkretnie - akumulatoru, któren w końcu okazał się całkowicie zdechnięty. Mamy więc nowego członka rodziny, zakupionego w pobliskim sklepie motoryzacyjnym.

No to chwilowo mróz nam nie straszny. Chyba że nowy akumulator woli cieplejsze klimaty...

czwartek, 02 lutego 2012

Dzisiejszy dzień - skrupulatnie zaplanowany, ergonomicznie, logistycznie, ekonomicznie, organizacyjnie - miał wyglądać tak:

Rano jak zwykle - pobudka, śniadanie, kawa, ubieranie dzieciorów, poganianie dzieciorów, Przedszkolaka eskortowanie do fabryki... Po śniadaniu rodzinnym, acz nieco pośpiesznym MMU, chwilowo obecny w kurniku, zaszywa się w swej jaskini i rzeźbi swoje pracowe tematy, czyli opracowuje strategię najbliższego polowania na mamuta, a ja korzystając z tej jego chwilowej alienacji od świata, porywam samochód i pędem pędzę do mojego pracodawcy po niezbędne mi kwity. W drodze powrotnej, takoż pędem, robię zakupy, MMU współtarga je ze mną na nasze trzecie piętro bez windy (on ciężkie siaty, ja lżejsze, niesprawiedliwość musi być). Połykam obiad przygotowany w tak zwanym międzyczasie przez moją Rodzicielkę, przebywającą w kurniku na gościnnych występach. Pakuję niezbędne akcesoria i zawożę Przedszkolaka na zajęcia aikido. Wracamy, odwożę Rodzicielkę na drugi brzeg rzeki, wracam. Dokonuję wieczornej obróbki pacholąt, czytam o Kubusiu Puchatku, utulam, śpią. Spędzam miły wieczór z MMU, wynurzonym na tę okoliczność z jaskini.

A - pomimo genialnego planu - wyglądał tak:

Rano jak zwykle - pobudka, śniadanie, kawa, ubieranie dzieciorów. Przedszkolak zostaje w domu z powodu tego, co odkryłam w jego gardle (po cholerę tam zaglądałam!). MMU nawet nie zbliża się do jaskini, i w ogóle nigdzie się nie zbliża, bo go boli wszystko i słabość z nóg go ścięła. Znaczy mamy już dwóch chorych na pokładzie, tyle że MMU zdiagnozować nie potrafię, biorę go więc pod pachę i wlokę do auta z zamiarem dostarczenia do rąk własnych jakiegoś doktora. Samochód udaje, że przekręcenie kluczyka w stacyjce nie do niego jest i generalnie ma nas w dupie. Minus 17 stopni, Skoda zapadła w stan śmierci klinicznej. Pół godziny spędzamy reanimując ją, czy też dożynając - jak kto woli. W końcu, dzięki zaangażowaniu całkiem obcych ludzi, pchaniu i ciągnięciu opornego tworu niemieckiej myśli technicznej przywracamy ją do życia. I pędem pędzimy do mojego pracodawcy po niezbędne mi kwity. Po drodze dostarczam MMU do lekarza. Odbieram kwity. Czekam z MMU aż lekarz coś orzecze. Pędzimy na drugi koniec miasta do innego lekarza. Potem na kolejny koniec miasta do jeszcze jednego. Obiad łykam mimochodem w centrum handlowym, co nam na drodze stoi (co i tak lepsze od hot-dogów na stacji benzynowej). Dostarczam MMU - wyczerpanego wizytami u lekarzy i bardziej chorego niż przed nimi - do domu. Pędzę pędem po zakupy. Targam je sama na nasze trzecie piętro bez windy, mój kręgosłup trzeszczy złowieszczo. Odwożę Rodzicielkę, ale tylko do metra, żeby pędem wrócić na porę karmienia dzieciów. Dokonuję obróbki wieczornej, czytam o Kubusiu Puchatku, utulam, śpią. MMU dogorywa na kanapie, a ja spędzam resztę wieczoru na wymyślaniu sposobów neutralizacji jego bólu głowy.

Robienie planów ma kolosalną przyszłość.

niedziela, 22 stycznia 2012

Zagrajcież fanfary na cześć Kury! Garderoba wymalowana i zapełniona na powrót rzeczami, które do niej przynależą i już bardzo za nią tęskniły. A my - domownicy - tęskniliśmy za stanem, kiedy to ubrania mieszkają w garderobie wisząc na wieszakach lub leżąc spokojnie na półkach, a nie gdzie popadnie upchnięte w kartonowych pudłach i wielkich worach. Sypialnia dorosła - wymalowana, łoże małżeńskie powróciło na swoje miejsce, dzieci mają swój pokój i rozpakowane z pudeł swoje tony zabawek.

Co prawda projekt remontowy jeszcze się nie zakończył, bo w tak zwanym międzyczasie koncepcja dekoratorska doznała niespodziewanego rozkwitu. Na szczęście jej realizacja nie wymaga już mieszkania z dziećmi w jednym pokoju oraz noszenia trzech zmian ubrań w kółko. Kolejne etapy upiększania wnętrz będą się działy jakby mimochodem, bez konieczności demolki bliższych czy dalszych okolic. Mimochód nie mimochód, będzie jednak wymagał ode mnie zaangażowania, kreatywności, siły i energii. Liczę na to, że efekt końcowy będzie do nich proporcjonalny. O ile można mówić o końcowości - być może po drodze urodzi się plan jeszcze bardziej zaawansowanych estetycznie zmian.

Przy okazji powrotu rzeczy różnych z emigracji do garderoby, odkryłam kilka takich, których istnienia nie podejrzewałam. Za to jedne moje buty tak schowałam, że nawet garderobiane porządki nie ujawniły miejsca ich aktualnego pobytu. Nie umniejsza to jednak mojej satysfakcji, kiedy patrzę na mężowe koszule i garnitury wiszące pięknie na baczność, posegregowane skarpetki w odpowiednich szufladach, poskładane w piękną foremną kostkę sweterki na półkach. Że nie wspomnę o ręcznikach ułożonych kolorami. Stan tak ekstremalnego porządku nie utrzyma się zapewne długo. Chyłkiem wsmyknie się to-tu-to-tam niewielki bałaganik, rzeczy umoszczą się, rozsiądą wygodnie i całość osiągnie stan równowagi i harmonii, kiedy ręczniki już nie są ułożone kolorami, a stosy sweterków wyglądają nieco chwiejnie, ale wszystko ma swoje miejsce i nawet każdy potrafi znaleźć to, czego potrzebuje w czasie krótszym niż trzy doby. 

Dzieło jednakowoż jest wspaniałe, imponujące, zachwycające i ...ące.

Brawo ja!

sobota, 21 stycznia 2012

Kiedy idę na zakupy, nie na "shopping" tylko normalne zakupy - marchewka, mleko, masło itd. - włącza mi się instynkt śledczy. Nie żebym specjalnie chciała cokolwiek tropić. Moim celem jest zrobienie zakupów a nie dokopanie paskudnym kapitalistom. Ale samo mi się uaktywnia jakieś trzecie oko, czy inny dodatkowy zmysł. I rzucają mi się w oczy takie drobne szwindelki, niewielkie niedomówienia, lipne promocje. 

Wczoraj na przykład już, już wkładałam do koszyka czteropak Muller-Mix. (Dzieciory ostatnio uwielbiają). Wołami napisane na opakowaniu: "3+1 gratis". Cena: 5,99. A o półkę wyżej te same jogurty pojedynczo po 1,49. Wewnętrzny kalkulator odpala mi się automatycznie i w trzy nanosekundy widzę, że: 4x1,49=5,96. Czyli ten czteropak to lipa, bo nie tylko żaden gratis, ale nawet o 2 grosze droższy. Żeby było zgodnie z tym, co na opakowaniu, czteropak powinien kosztować 4,47. Niby wszystko jedno, czy kupię czteropak czy cztery jogurty osobno (2 grosze można zaliczyć na poczet błędu statystycznego). Finansowo rzeczywiście wyjdzie na jedno. Ale ideologicznie już nie. Jak już ktoś chce uprawiać na mnie marketingowe manipulacje, to niech to robi umiejętnie i się do swojej roboty przyłoży. Inaczej się nie dam. I bez walki nie poddam, czci swej konsumenckiej tanio nie sprzedam!

Drugi kancik rzucił się na mnie w kwestii dużych i małych opakowań. Przyzwyczajono nas, że bardziej opłaca się kupić duże opakowanie czegoś, bo w przeliczeniu na sztukę/kilogram wychodzi taniej, niż małe. Teraz hipersupermarketowcy liczą na owczy pęd klientów i odruch Pawłowa jako efekt kilkuletniej tresury. Ale na upierdliwcach się przeliczają, bo mój instynkt odkrył już, że nie zawsze większe opakowanie jest opłacalne. Np. czekoladki Kinder najtańsze są w paczkach najmniejszych. Oczywiście, że rożnice nie są wielkie. Ale - jak już wspomnialam wyżej - cnoty konsumenta podstępem wziąć nie dam.

Kolej na serowe włosy. Zapakowane, gotowe do łatwego wrzutu do koszyka są o 25% droższe niż takie same włosy, tego samego producenta kupowane na wagę. Podobnie zresztą, jak inne sery.

I jeszcze moja ulubiona kategoria, której nie zaliczam do marketingowych manipulacji, ale jest ciekawa sama w sobie. To tak zwane marki własne. Serek brie nie-marki TIP kosztuje 2,99. Brie marki Turek - 3,49. A kto produkuje serek TIP? Otóż ni mniej ni więcej tylko... Turek. Jogurty nie-marki Pilos produkuje znany skądinąd Kościan, a mleko - Łowicz. 

Nie uprawiam manewrów w stylu psa tropiciela, ale jak mi się coś rzuca na oczy, to sobie skrzętnie w kurzej pamięci notuję i doświadczenia ciułam, dzięki czemu staję się stopniowo coraz bardziej Perfekcyjną Kurą Zakupową, zgrabnie balansującą pomiędzy ekonomią portfela, optymalizacją czasu, zdrowotnością żywienia rodziny oraz zaspokajaniem kulinarnych upodobań.

 
1 , 2 , 3 , 4