Wpisy z tagiem: książki
wtorek, 15 maja 2012
Chce mi się czytać. Owładnęła mną wola czytania, mania książkowa, pasja czytelnicza, niepohamowana chcica na literaturę. No, z niepohamowaną przesadziłam, bo rozpęd ku konsumpcji słowa pisanego skutecznie ograniczają moje latorośle z ich nieustannymi potrzebami wyrażanymi głośno i hurtem oraz kurnik w jego przejawach wszelkich. Niemniej pęd odczuwam wielki i pożądliwie spoglądam na półkę, gdzie zgromadziłam same tylko naj-naj do najbliższego przeczytania. Jest tego ze dwa metry literatury stojącej sztorcem. Że nie wspomnę o tych woluminach, które na przeczytanie czekają cierpliwie na półkach kurnikowej biblioteki. A na półce wspomnianej "do przeczytania już" kuszą na przykład: Francis Fukuyama wieszczący "Koniec człowieka", "Ostatni wykład" Randy'ego Pauscha, już nie nowy, ale wciąż oczekujący "Oskar i pani Róża", Szymon Hołownia z "Ludźmi na walizkach", książka pana o nazwisku z obcym zawijasem na końcu "Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie. Wyprawy do Asyryjczyków, Cymbrów i Karaimów", świeżutki, właśnie zakupiony Bauman "44 listy ze świata płynnej nowoczesności", tajemnicza "Harmonia caelestis" Petera Esterhazy'ego oraz nieco bardziej rozrywkowa "Jak rozmawiać ze ślimakiem" Clarke'a. Oraz sporo innych. A to i tak zestaw przetrzebiony przez MMU, który układając ostatnio nasz zbiór książek (z powrotem w porządku logiczno-tematycznym, o czym swego czasu wspominałam) wyniósł mi z mojej świętej półki połowę zawartości, bo mu pasowała w kontekście bibliotecznym. A! Jeszcze rozpoczęte w szpitalu i z konieczności porzucone: Jodi Picoult "W imię miłości" oraz John Irving "Ostatnia noc w Twisted River". Plus literatura fachowa "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły". Kradnę więc czas na czytanie, skubię po kilka stron, czasem nawet po kilka zdań zaledwie. Jodi Picoult na przykład leży pod łóżeczkiem Małej, czytam po trochu, kiedy w południe trzymam dziecię za łapkę w celu uśnięcia dziecięcia. Czasem udaje się niuchnąć trochę druku tuż przed snem, wtedy zasypiam na siedząco z okularami na nosie i książką na tak zwanym podołku. Czasami ignoruję bezczelnie michę prania czekającego na rozwieszenie oraz zmywarkę domagającą się kolejnego wsadu brudnych garów i w czasie drzemki Małej robię sobie godzinę wakacji. Albo desperacko poczytuję, kiedy moje dzieciory bawią się wespół 2 do 4 metrów ode mnie. Nie jest to łatwe, bo młodzież wchodzi mi wciąż w zdania ze swoimi nie cierpiącymi zwłoki sprawami, często nie pozwalając nawet dobrnąć do bieżącej kropki. Mimo tak wielu przeciwności kura domowa czyta. Jak widać nie "Tinę" i książki kucharskie, ale literaturę piękną, literaturę faktu, filozofię... Bęc w stereotyp!
poniedziałek, 13 lutego 2012
Będzie o seksie. W pewnym sensie. I o randkach. I o MMU i o mnie też. A konkretnie - mamy z MMU pewne... upodobanie. Nie żeby dewiacja jakaś, czy zboczenie, choć podobno nie jest to praktyka w narodzie bardzo powszechna. Co mnie nieustannie dziwi zresztą, zważywszy, ile frajdy nam to daje. Z drugiej strony - nie jesteśmy w tym całkiem odosobnieni. Na szczęście. Otóż - lubimy książki. Lubimy je czytać, lubimy je kupować, mieć, rozmawiać o nich, a nawet uprawiamy swego rodzaju froteryzm książkowy, czyli ocieractwo. Idziemy na randkę do ulubionej księgarni Traffic, i przez kilka godzin buszujemy wśród półek, kartkujemy, oglądamy, niuchamy, poczytujemy, co bardziej smakowite układamy w koszykach. Każde sobie, każde w swoim. Raz na godzinę czy dwie wleczemy nasze koszyki w umówione miejsce, siadamy sobie ramionko w ramionko i opowiadamy, co o czym i dlaczego fajne. Książki, które przejdą etap wspólnej weryfikacji poprzez zachwalanie, trafiają ostatecznie do naszego domu. Aktualnie w naszej domowej bibliotece panuje chaos, sodomia i pogoria. Z racji przykurczu miejsca i jego niedostatku na kolejne przygarnięte woluminy zaczęłam zagęszczać półki w bibliotecznych szafach. Rodzicielka moja poradziła, żeby książki poukładać rozmiarami, to się najlepiej przestrzeń wykorzysta. Rady posłuchałam. Poukładałam tak jakieś pińcet sztuk i straciłam rozpęd oraz poczucie sensu. Chyba jednak u nas musi być logicznie a nie ergonomicznie - czyli literatura piękna w jednej kupie, polska i obca oddzielnie, literatura faktu w podziale na biografie, wywiady, reportaże, podróżnicze, serie wydawnicze razem, osobno poezja, klasyka w innym fyrtlu niż współczesność, psychologia bliżej socjologii i kącik skandynawski, bo to do niczego innego niepodobne. I jeszcze półka specjalna na nasze najbliższe czytelnicze plany (z powodu deficytu czasowego zwane też sarkastycznie pobożnymi życzeniami), gdzie na przeczytanie czeka już dobre trzy metry książek. Ustawionych na sztorc oczywiście. Będzie więc od nowa wykładanie, układanie i wkładanie. Froteryzm książkowy w wersji ekstremalnej. Kichanie i rąk masakracja od kurzu. Odkrywanie przypadkiem zapomnianych jeszcze nie czytanych. Po raz kolejny obmacywanie umysłem tych ulubionych. A jak już przerzucę wszystkie tysiąc dwieście siedemdziesiąt sześć sztuk, w bibliotece zrobi się miejsce na dwie lub trzy dodatkowe półki. I znów pójdziemy na randkę do Trafficu i będziemy uprawiać ocieractwo mentalne o literaturę. Wrócimy do domu taszcząc ciężkie siaty. Zawartość naszej książkowej "poczekalni" wydłuży się z trzech metrów do czterech z hakiem. Będzie pachnieć świeżym drukiem na cały kurnik. A wieczorem poczytam sobie (i dzieciom) starego, dobrego "Kubusia Puchatka". |
Archiwum
Ostatnie wpisy
|