
Nareszcie w kurniku! A póki mam na świeżo - kilka impresji szpitalnych:
Najważniejszy jest Profesor. Wszyscy się go boją. Najpierw boją się lekarze, potem pielęgniarki, a na końcu udziela się pacjentkom. Kiedy wkracza na oddział, zawsze towarzyszy mu przynajmniej dwuosobowa świta. Nieomalże słychać fanfary i o mało co czerwony dywan rozwija się pod jego uczone stopy. Kiedy bada pacjentkę, tłumek lekarzy i pielęgniarek, jak widownia w amfiteatrze, dzielnie mu sekunduje zaglądając w pacjentkę od strony, którą niekoniecznie chciałaby wystawiać na widok tak publiczny. Profesor bada i komentuje, a widownia spija z jego ust uczone słowa. Dla pacjentek, w bezpośrednim kontakcie, a kontakt ginekologiczny jest z natury rzeczy niezwykle bezpośredni - Profesor jest łagodny, miły, rzeczowy, nawet pozwala sobie na delikatne żarty. Z pewnością nie zadziera uczonego nosa i nie domaga się fanfar i hymnów. Nawet odpowiada na pytania. Swoją świtę jednak trzyma twardą ręką - dorośli ludzie, lekarze z wieloletnim stażem zachowują się przy nim jak przedszkolaki, a kiedy Profesor zbliża się z porannym obchodem, pielęgniarki w wielkiej panice zarządzają sprzątanie sal, układanie rzeczy, żeby nic na parapetach nie leżało, żeby ręczniki schowane, żeby kocyki złożone w kosteczkę na łożkach... Jak na koloniach przed wizytą z kuratorium.
Pani Doktor, nazwijmy ją Wu, to wyjątkowa osobowość. Wszyscy pozostali traktują pacjentki z kulturą i szacunkiem. Pani Wu natomiast nie przepuści żadnej okazji, by na pacjentkę nafukać. Mnie się dostało za to, że nie pamiętałam dokładnie wagi urodzeniowej moich dzieciów, innej dziewczynie - że weszła do gabinetu lekarskiego nie wtedy, kiedy by sobie tego życzyła Pani Wu, jeszcze innej - że poprosiła o receptę. Każda okazja jest dobra, żeby Pani Wu pokazała wszystkim, jak jest ważna, mądra w mniemaniu swym i jaką ma władzę. Jednak kiedy Profesor na którymś obchodzie zwrócił jej uwagę, że w karcie coś jest niewyraźnie napisane, aż przykucnęła w pokornym ukłonie popiskując "Ja się poprawię, panie profesorze".
Do szpitala trzeba zgłosić się skoro świt. Izba Przyjęć przyjmuje od 7:30 do 8:00. Jak się spóźnisz, przepadłaś. A potem, kiedy już przestąpisz próg oddziału, siadasz sobie na krzesełku i czekasz. Godzinę, dwie, czasem trzy. Na wolne łóżko. Bo pacjentki, które mają właśnie wyjść do domu też czekają. Godzinę, dwie, trzy. Na wypis. Czasem zamieniają się miejscami, kiedy salowe zarządzą, że te "stare" mają już zwolnić łóżka dla "nowych". Wtedy "stare" siadają na krzesełkach, a "nowe" drzemią w łóżkach, odsypiając wstawanie skoroświt. Czekają. "Stare" na wypis, "nowe" na obiad.
Co bardziej doświadczone pacjentki zapewniają sobie dożywianie na własną rękę. Oddziałowa lodówka zawsze jest pełna zapasów. Szpitalna kuchnia co prawda smacznie pitrasi, ale na ilości oszczędza. No i kolacja jest o 17:00, a potem, jeśli nie idziesz spać z kurami, czymś się trzeba dożywić. Jest szpitalny bar i stołówka. Można kanapkę, ciacho albo i obiad. Ale też do 17:00. Potem zostaje tylko kiosk z batonikami.
A teraz porzucam krytykanctwo, bo mimo kilku dziwności i śmieszności, których nie omieszkałam złośliwie zauważyć, oddział E zasługuje na uznanie. Kiedy wkracza się nań przez rozsuwane automatycznie drzwi, otwiera się jasna, czysta, uporządkowana przestrzeń. Cały personel medyczny jest skupiony na pacjentkach. Nie ma żadnych pogaduszek i ploteczek, kiedy pacjentka czegoś potrzebuje. Uprzejmość, empatia, troskliwość, uważność. Poza Panią Doktor Wu, rzecz jasna. Wygodne łóżka, pokoje z łazienkami, otwarte podejście do odwiedzin. Wszystko działa. Szczęśliwie nie musiałam w życiu jakoś specjalnie się wycierać po szpitalach, ale zaliczyłam dwie porodówki i dwa inne przelotne epizody. Różnicę widać na każdym kroku. Chwała Profesorowi za jego dzieło.
No i miło było popatrzeć na Panią Doktor Wu zgiętą w pokornym przykucu :-)