Wpisy z tagiem: szpital
wtorek, 10 kwietnia 2012
Wróciłam. Ogarniam się. Jak się człowiek tak przekotłuje z życiem oraz własnym organizmem i jak się na cudzą kotłowaninę napatrzy, to powrót do normalności jest jak Nowy Rok. Albo i lepszy. Na liście priorytetów nagle wszystko wskakuje na właściwe miejsce. Wyraźnie widać, co jest ważne naprawdę, a co tylko nadmuchaliśmy do rozmiaru ważności. Noworoczne postanowienia same przychodzą nie tylko do głowy, ale też do woli. Tej wolnej. Lecz w przeciwieństwie do 1 stycznia, te postanowienia wspiera nie tylko zmiana cyferek w kalendarzu, lecz przede wszystkim zmiana w środku mnie i w środku naszej rodziny. W szpitalu leżałam w jednej sali ze staruszką Tereską. Wyglądała na sto pięćdziesiąt lat przynajmniej. Miała 82. Godzinami leżała w półletargu, milcząca, wycofana do środka siebie. Czasami miałam wrażenie, że jej już nie ma tam w środku, chociaż wciąż żyje. Karmiona dożylnie i kleikiem przez pielęgniarki. Pampers, cewnik, odleżyny. Starość. Bezsilność. Ożywiała się tylko, kiedy przychodziła do niej córka. Nagle okazywało się, że wcale nie jest głucha, ani niekumata, lecz prowadzi całkiem ożywioną rozmowę ściszonym głosem. Uśmiecha się. Coś ją interesuje. Coś ją obchodzi. Jest. Na co dzień nie myślimy o przemijaniu, o starości, o zdrowiu i jego zużywalności. Trudno jednak o tym wszystkim nie myśleć, kiedy uosobienie tych tematów leży na łóżku obok. Doświadczenie kruchości zdrowia jest bardzo motywujące. I chociaż nie chciałabym drugi raz tak się przemaglować szpitalnie, to doceniam wagę, znaczenie i sens tego przeżycia. Spóźnione Alleluja!
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
No to mam już całe moje potomstwo srające po pachy i podłączone pod kroplówki. I jak dotąd państwowa służba zdrowia sprawdza się optymalnie. Z Przedszkolakiem dotarliśmy tu w środku nocy. Z objawami mocnego odwodnienia. Fakt, pierwsze pytanie pani pielęgniarki dyżurnej było o skierowanie, ale był to ostatni nietakt, jaki popełniła wobec roztrzęsionych rodziców. Skierowania zresztą nie posiadaliśmy, a mimo to bez żadnych fochów Przedszkolak został zbadany i przyjęty do szpitala. I nikt nie strzelał focha, że mu nocy dyżur zakłócamy, nikt nie traktował nas jak intruzów, ani jak petentów. Spokój, uśmiech, empatia, uprzejmość. Jakbyśmy w jakimś innym świecie byli. Badania oraz wszelkie traumatyczne procedury typu zakładanie motylka (wenflon) zostały przeprowadzone sprawnie, z uśmiechem ale i współczuciem dla młodego człowieka przerażonego i obolałego. Wyniki badań - migusiem, kroplówki skomponowane dokładnie według potrzeb Przedszkolaka z jego rozregulowanym totalnie organizmem. Doglądanie, sprawdzanie - przez cały czas - a to czy kroplówka dobrze kapie, a to czy pił, a to czy zjadł cokolwiek, a to temperatury mierzenie, a to czy kupę może łaskawie zrobił i się da ją zbadać. A wszystko to delikatnie, uprzejmie i z uśmiechem. Tylu uśmiechniętych twarzy naraz to ja w żadnej publicznej placówce nie widziałam. Nigdy. A już warunki pobytu każdego Polaka wpędziłyby w stan głębokiego oszołomienia. Salki niewielkie, maks na 2 dziecia. W każdej salce rozkładane fotele i tapczany dla rodziców. Nie trzeba przy dziecku wisieć całą dobę na wątłym krzesełku! Tylko normalnie w dzień się siedzi we fotlu, a w nocy śpi rozłożywszy go w zgrabny tapczanik! Przy każdej salce łazienka. Szafki i szafy, że wszystkie bambetle się mieszczą. Wszędzie czyściutko, kolorowo, wszędzie elementy rozweselające wystrój. Dla rodziców kuchnia z lodówką, czajnikiem i mikrofalówką, plus dwa stoliki i krzesełka, żeby się dało zjeść nie na stojąco i w biegu. A nawet dwie kuchnie. Plus dwa tak zwane kąciki wypoczynkowe, czyli miejsca zaciszne z kanapą, stolikami i krzesełkami. Fakt - pobyt rodzica przy dziecku jest odpłatny 30 złociszów za dobę. I nie mam nic przeciwko. A jak kogoś nie stać na opłatę, może petycję do szpitala wystosować, co jest wołami napisane w instrukcji dla rodziców, żeby każdy wiedział. Dziś moja Rodzicielka dotransportowała mi tu Małą. Takoż bez skierowania i takoż bez fochów została przyjęta. Żebyśmy całą rodziną mogli mieszkać razem, przygotowano dla nas nowy pokój, do którego Przedszkolak odbył podróż przewożony na swoim łóżku, ku wielkiemu jego zachwyceniu i ekscytacji. Udało mi się zrobić ze dwie krótkie wycieczki krajoznawcze po reszcie szpitala. Na parterze jest spore patio z przeszklonym dachem. Tam się można na randki z odwiedzającymi umawiać. Zupełnie nieszpitalna estetyka. Jedyny pryszcz na tym pięknym wizerunku to barek - wspomnienie bardzo minionej epoki, lub może raczej bolesna czkawka po niej. Więc żeby sobie nie psuć miłych wrażeń, z usług barku nie korzystamy. To tak z grubsza o oddziale pediatrycznym w szpitalu przy Madalińskiego w Warszawie. Kolejne meldunki z frontu walki ze sraczką wkrótce.
niedziela, 01 kwietnia 2012
Spotkał katar Katarzynę. A psik! Katarzyna pod pierzynę. A psik! W czwartek do przedszkola przyszła sraczka zamiast wiosny. Oraz pawie puszczane spontanicznie po kątach przez co wrażliwsze pacholęta. W piątek pawie zagościły i w naszym kurniku. Pierwszego Przedszkolak puścił z samego rana, a potem do stadka dołączyło po kolei jeszcze kilka. Po szóstym Przedszkolak wyglądał jak modelka z okładki Vogue - bladoprzezroczysty, chudy, zapadnięte oczęta. Leżał bidula na kanapie i nawet TV go za bardzo nie interesowała. Sprowadzono wnet doktora. A psik! Pani jest na katar chora. A psik! Uwiesiwszy się na telefonie uzyskałam doraźne wskazówki postępowania w kwestii pawiej oraz zapowiedź wizyty domowej lekarza pediatry. Pani doktor nie wykazała się porażającą wiedzą z zakresu ornitologii, ale wieczorem pawie odpuściły. Podejrzaną została tzw. "żołądkówka". I tym razem nie chodzi o wódkę, lecz o rodzaj infekcji. Ponieważ Przedszkolak nie wykazał się odpowiednio wysoką gorączką, pani doktor raczej wykluczyła rotawirusy i inne srusy. Terpentyną grzbiet jej natarł. A psik! Poić, poić, poić. nawadniać. Elektrolitami, naparem z imbiru, probiotykami. I niech coś zje. Ryżu. Tyle to ja wiedziałam już wcześniej. Przedszkolak jeść odmówił, w szczególności ryżu. Pił ile się dało, ale głównie spał. Przed godziną jedenastą. A psik! Już kichało całe miasto. A psik! W przedszkolu zeznali, że jest żołądkowy pogrom. W sobotę rozglądaliśmy się podejrzliwie, ale pawie naprawdę się wyniosły. Na ich miejsce przywędrowała sraczka. I wysoka gorączka. Szczegółów szanownym czytelnikom oszczędzę. Jak kto bardzo chce, niech sobie wyobraża na własną rękę. Walczyliśmy dzielnie. Przedszkolak głównie spał. A w środku nocy, po kolejnej telefonicznej dyskusji z kolejnym lekarzem, pognaliśmy do szpitala. Aż zabrakło terpentyny. A psik. Z winy jednej Katarzyny. A psik! Tym razem prywatna służba zdrowia poległa na całej linii. Co mi z tego, że mogę wezwać lekarza do domu, że mogę debatować z doktorami przez telefon, skoro czterech pediatrów nie potrafiło dać nam konkretnych wskazówek?! Jakich? No na przykład takich, kiedy powinniśmy opuścić domowe barykady i przenieść się na front szpitalny. Wszyscy po kolei decyzję o szpitalu pozostawiali nam - rodzicom. Chociaż przy każdej okazji wyrzekają, ile to lat studiów trzeba zrobić, żeby mieć taką wiedzę, jak oni i żeby ludzi leczyć, a tak mało dostają za tę wiedzę tajemną. Tym razem jakoś im nie przeszkadzało, że o hospitalizacji dziecka zadecydują ludzie, którzy co prawda lata studiów mają odsłużone, ale w dziedzinach dość odległych od medycyny. A należało nas do tego szpitala wysłać dużo wcześniej, stanowczo i zdecydowanie. Zamiast w oparciu o wiedzę tajemną zalecać pojenie łyżeczką. Natomiast służba zdrowia publiczna po pierwszej i nie ostatniej dobie hospitalizacji Przedszkolaka dostaje wysokie noty z zakresu: empatii, kultury osobistej, troskliwości, profesjonalizmu oraz logistyki i warunków pobytu. O szczegółach doniosę. Jeśli utrzymają poziom, będę głosić peany na cześć z ujawnieniem dokładnego adresu.
środa, 08 lutego 2012
Nareszcie w kurniku! A póki mam na świeżo - kilka impresji szpitalnych: Najważniejszy jest Profesor. Wszyscy się go boją. Najpierw boją się lekarze, potem pielęgniarki, a na końcu udziela się pacjentkom. Kiedy wkracza na oddział, zawsze towarzyszy mu przynajmniej dwuosobowa świta. Nieomalże słychać fanfary i o mało co czerwony dywan rozwija się pod jego uczone stopy. Kiedy bada pacjentkę, tłumek lekarzy i pielęgniarek, jak widownia w amfiteatrze, dzielnie mu sekunduje zaglądając w pacjentkę od strony, którą niekoniecznie chciałaby wystawiać na widok tak publiczny. Profesor bada i komentuje, a widownia spija z jego ust uczone słowa. Dla pacjentek, w bezpośrednim kontakcie, a kontakt ginekologiczny jest z natury rzeczy niezwykle bezpośredni - Profesor jest łagodny, miły, rzeczowy, nawet pozwala sobie na delikatne żarty. Z pewnością nie zadziera uczonego nosa i nie domaga się fanfar i hymnów. Nawet odpowiada na pytania. Swoją świtę jednak trzyma twardą ręką - dorośli ludzie, lekarze z wieloletnim stażem zachowują się przy nim jak przedszkolaki, a kiedy Profesor zbliża się z porannym obchodem, pielęgniarki w wielkiej panice zarządzają sprzątanie sal, układanie rzeczy, żeby nic na parapetach nie leżało, żeby ręczniki schowane, żeby kocyki złożone w kosteczkę na łożkach... Jak na koloniach przed wizytą z kuratorium. Pani Doktor, nazwijmy ją Wu, to wyjątkowa osobowość. Wszyscy pozostali traktują pacjentki z kulturą i szacunkiem. Pani Wu natomiast nie przepuści żadnej okazji, by na pacjentkę nafukać. Mnie się dostało za to, że nie pamiętałam dokładnie wagi urodzeniowej moich dzieciów, innej dziewczynie - że weszła do gabinetu lekarskiego nie wtedy, kiedy by sobie tego życzyła Pani Wu, jeszcze innej - że poprosiła o receptę. Każda okazja jest dobra, żeby Pani Wu pokazała wszystkim, jak jest ważna, mądra w mniemaniu swym i jaką ma władzę. Jednak kiedy Profesor na którymś obchodzie zwrócił jej uwagę, że w karcie coś jest niewyraźnie napisane, aż przykucnęła w pokornym ukłonie popiskując "Ja się poprawię, panie profesorze". Do szpitala trzeba zgłosić się skoro świt. Izba Przyjęć przyjmuje od 7:30 do 8:00. Jak się spóźnisz, przepadłaś. A potem, kiedy już przestąpisz próg oddziału, siadasz sobie na krzesełku i czekasz. Godzinę, dwie, czasem trzy. Na wolne łóżko. Bo pacjentki, które mają właśnie wyjść do domu też czekają. Godzinę, dwie, trzy. Na wypis. Czasem zamieniają się miejscami, kiedy salowe zarządzą, że te "stare" mają już zwolnić łóżka dla "nowych". Wtedy "stare" siadają na krzesełkach, a "nowe" drzemią w łóżkach, odsypiając wstawanie skoroświt. Czekają. "Stare" na wypis, "nowe" na obiad. Co bardziej doświadczone pacjentki zapewniają sobie dożywianie na własną rękę. Oddziałowa lodówka zawsze jest pełna zapasów. Szpitalna kuchnia co prawda smacznie pitrasi, ale na ilości oszczędza. No i kolacja jest o 17:00, a potem, jeśli nie idziesz spać z kurami, czymś się trzeba dożywić. Jest szpitalny bar i stołówka. Można kanapkę, ciacho albo i obiad. Ale też do 17:00. Potem zostaje tylko kiosk z batonikami. A teraz porzucam krytykanctwo, bo mimo kilku dziwności i śmieszności, których nie omieszkałam złośliwie zauważyć, oddział E zasługuje na uznanie. Kiedy wkracza się nań przez rozsuwane automatycznie drzwi, otwiera się jasna, czysta, uporządkowana przestrzeń. Cały personel medyczny jest skupiony na pacjentkach. Nie ma żadnych pogaduszek i ploteczek, kiedy pacjentka czegoś potrzebuje. Uprzejmość, empatia, troskliwość, uważność. Poza Panią Doktor Wu, rzecz jasna. Wygodne łóżka, pokoje z łazienkami, otwarte podejście do odwiedzin. Wszystko działa. Szczęśliwie nie musiałam w życiu jakoś specjalnie się wycierać po szpitalach, ale zaliczyłam dwie porodówki i dwa inne przelotne epizody. Różnicę widać na każdym kroku. Chwała Profesorowi za jego dzieło. No i miło było popatrzeć na Panią Doktor Wu zgiętą w pokornym przykucu :-)
czwartek, 01 grudnia 2011
Szpital to obce mi środowisko, rządzące się dziwnymi prawami, nieprzewidywalne, czasem kuriozalne. Przycupnęłam tu sobie i się dziwuję. I notuję sobie moje impresje na wypadek gdybym kiedyś nie uwierzyła własnej pamięci. Najbardziej pożądanym sprzętem, w który każda pacjentka powinna się wyposażyć zanim przekroczy próg oddziału jest długopis. Panie pielęgniarki wzywając mnie na kolejne szpitalne atrakcje z naciskiem powtarzały: "Proszę przyjść do pokoju zabiegowego Z DŁUGOPISEM". Pewnie, jak by tak każdej pacjentce musiały użyczać środków piszących, szpital poszedłby z torbami. Formularze, które musiałam wypełniać obejmują szczegółowe zeznania o przypadkach chorobowych do siódmego pokolenia wstecz, o pożyciu seksualnym, przyjmowanych i nieprzyjmowanych lekach, stanie rodzinnym, wadze urodzeniowej dzieci i wielu, wielu innych istotnych zagadnieniach. Wypełniwszy wszystko otarłam pot z czoła i zrozumiałam, jak ważną kwestią jest posiadanie własnego długopisu w środowisku szpitalnym. Najśmieszniejszy jest obchód poranny. Najpierw wpadają zaaferowane pielęgniarki i - jak na koloniach mojego dzieciństwa - stawiają wszystkich na baczność: nie spać, nie spać! obchód będzie! szybko posprzątać, łóżka wyrównać, pościelić, z parapetów wszystko pozbierać, do szafek pochować! Światło zgasić/zapalić. Okno zamknąć/otworzyć. Zależnie od tego, który z lokalnych bogów medycyny kroczy w obchodzie. Następnie do wypełnionej łóżkami po brzegi salki wciska się pochód lekarzy, pielęgniarek, studentów i kto tam jeszcze zdąży. Nad każdym łóżkiem mruczą coś pod nosem, kiwają głowami, jeszcze mruczą, po czym wychodzą. Pewnie jest to do czegoś potrzebne, ja nie mówię że nie. Ale z punktu widzenia umieszczonego w szpitalnym łóżku pacjenta wygląda komicznie. Mru, mru, mru - tup, tup, tup, szur, szur do następnego łóżka i znów: mru, mru, mru... Nad moim łóżkiem wisi obrazoplakat - Pierre Auguste Renoir, bardzo stylowy. Obok tablica z ogłoszeniami: "Przygotowanie pacjentki do zabiegu chirurgicznego", "Przygotowanie pacjentki do pobrania krwi", "Regulamin odwiedzin" oraz lista kategorycznych zakazów i nakazów. Świetnie komponują się z Renoirem. Jak już się przestaję dziwować światu szpitalnemu, realizuję plan: czytam książki, aktualnie "20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła", oglądam filmy korzystając z laptopa (właściwie obejrzałam jeden - "Złotą" Jamesa Ivory'ego, ale zamierzam jeszcze przynajmniej jeden), śpię. Porzuciłam jedynie myśl o manicure. Jakoś mi nie współgra w konwencji. Jutro już mnie uwolnią. Wrócę do mojego ukochanego kurnika. Nie boję się, że po tych dwóch dniach bezkrólewia będzie "artystycznie zagruzowany", jak to pięknie i poetycko ujęła madziutekwh. Może być co najwyżej posprzątany bardziej, niż bym chciała. Chwilowo bowiem rządy w kurniku przejęła matka moja, znana w świecie miłośniczka sprzątania, układania, przekładania, czyszczenia, prania, porządkowania... Powtarzam sobie jednak afirmację, że cokolwiek w domu zastanę, pokocham lub zignoruję. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
|