Kategorie: Wszystkie | Dzieckowo | Kulinaria | Myślę sobie... | Żony żywot
RSS
piątek, 18 maja 2012

- Maaaamoooo - jęczy Mała wijąc się u drzwi lodówki - Dlaceeego ja nie moge tuskawek?

Ton pretensji urażonej księżniczki jeży mi sierść na grzbiecie, ale biorę to na klatę i spokojnie odpowiadam:

- Nie ma truskawek.

- Dlaceeeego? - ten sam ton wyrzutu.

- Bo nie kupiłam.

- Ale dlaceeego?

- Bo nie było w sklepie.

To znaczy były, ale jakoś nie ufam truskawkom w maju, które w dodatku po tygodniu od zakupu nie wykazują żadnych oznak zużycia. Sprawdziłam, żeby nie było, że jestem uprzedzona.

- Ale dlaceeeego?

- Bo truskawki jeszcze nie owocują.

Z pracowni słyszę niezbyt starannie tłumiony chichot Męża Mego Ukochanego.

- Ale dlaceeeego? - drąży wciąż Mała.

No to niech się wszyscy pobawią:

- Idź do tatusia, tatuś ci to wszystko wytłumaczy.

Mała zrywa się z kuchennej podłogi, na której płożyła się wdzięcznie przez ostatni kwadrans zgłębiając moim kosztem kwestię truskawek w maju. Pędzi do pracowni i już od połowy dystansu woła:

- Taaaatuuuusiuuuu!!!! 

Uśmiecham się z satysfakcją i nie bez złośliwości, słuchając dalszego ciągu wywiadu:

- Dlacego tuskawki nie owocują?

- Ponieważ - MMU bierze głęboki wdech, może grając na zwłokę, a może przygotowując się do dłuższego wykładu - ponieważ, moje dziecko, oś obrotu Ziemi zmienia kąt swego nachylenia względem Słońca, co powoduje zmianę pór roku, co z kolei wpływa na okres wegetacji roślin, które do tejże wegetacji potrzebują odpowiednich warunków atmosferycznych, uwzględniając w tym temperaturę, wilgotność powietrza oraz długość dnia. Zważywszy także pływy oceaniczne oraz fazy księżyca możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że truskawki zaowocują w czerwcu, jak mają zwyczaj robić to w naszym kraju co roku.

- Mamo, mamo! - woła radośnie Mała, pędząc co koń wyskoczy z powrotem do kuchni. Po czym z wyrazem twarzy naukowca, który właśnie dokonał odkrycia na miarę tysiąclecia, ogłasza:

- ZAOWOCUJĄ W CZEUWCU!!!

 

PS. Żona Domowa doczekała się swojej strony na FaceBooku. Wchodźcie, drodzy Czytelnicy, polubiajcie, jeśli łaska.

czwartek, 17 maja 2012

Mam pierwszy naukowy dowód na pozytywny wpływ stanu udomowienia na człowieka. Mało, że naukowy - nawet medyczny!

Bo źle widzę ostatnio. Trochę źle. Jak czytam, albo nawlekam igłę, czy inne precyzyjne czynności wykonuję blisko twarzy, to spoglądam spod okularów, zamiast przez szkła. Sądziłam, że już moje oczy emerytury się domagają, że przyjdzie mi nosić na sobie dwie pary okularów, jedne do lustrowania przestrzeni dalszej, drugie do przypatrywania się rzeczywistości z bliska. Jedne na nosie, drugie na czole, albo na złotym plastikowym łańcuszku dyndające na biuście. Wrzask dzieciorów z salonu - wkładam te do "dali". Kawałek skorupki do wyłowienia z jajecznicy - patrzę przez te do "bliży". Już mościłam w domowym budżecie miejsce na zakup dwóch par twarzowych oprawek wypełnionych lekkimi jak mgiełka szkłami ful wypas z filtrem takim i owakim. Muszą przecież być godne tego złotego łańcuszka, na którym będą podyndywać. I jakoś zrekompensować mi świadomość posuwania się w latach i niesprawności.

A tu niespodzianka!

Pani doktor okulistka nie potwierdziła moich mocnych podejrzeń o postępującej ślepocie. Zajrzała mi w oczy bardzo wnikliwie, pokazała pejzaż z balonem, nalała kropelek, od których moje źrenice oczadziały, założyła mi na nos rusztowanie do czytania literek coraz mniejszych, naświeciła światełkiem, nadmuchała powietrzem, po czym pomachawszy tryumfalnie wydrukiem z maszyny okulistycznej orzekła, że... mój wzrok się poprawił. Pozbyłam się z każdego oka po jednej dioptrii z hakiem. I to wcale nie ze starości! Tylko w efekcie nieprzesiadywania przed komputerem po 10 godzin dziennie. Znaczy się zamiana ubiurowienia na udomowienie wychodzi mi na zdrowie. Nie tylko w oczach rzecz jasna, lecz na całym ciele oraz duszy, co uparcie twierdzę i manifestuję. Ale na wyjście na zdrowie oczom mam teraz dowód!

Budżet domowy i tak jęknie, bo zakup nowych okularów jest konieczny. Ale o ileż przyjemniej będzie słuchać tego jęku wiedząc, że on jęczy z powodu mojego ozdrowienia, a nie postępującej ślepoty.

Skutki uboczne tej radosnej wieści są takie, że od pięciu godzin mam źrenice jak talerzyki deserowe i niewiele widzę zarówno z daleka, jak i z bliska. A plan dnia zakłada jeszcze wyprawę z Przedszkolakiem na aikido. Ze mną w roli kierowcy. Chyba zrzeknę się powożenia na korzyść Męża Mego Ukochanego. Nie chciałabym, żeby pointą mojego oczoozdrowienia był wizg za późno wciśniętego hamulca, zgrzyt giętej gwałtownie karoserii i chrzęst sypiącego się na asfalt reflektora w drobnym maku. Nie byłby to ślepy traf, lecz życiowa krótkowzroczność. W takim - nomen-omen - wypadku budżet domowy wyplułby gniewnie moje nowe okulary, na ich miejsce wprowadzając z wyrzutem autoserwis.

Spacer po osiedlowych ścieżkach niezależnie od rozmiaru źrenic zdaje się, że odbędę. Mała stoi już u wrót, w piżamowych spodenkach w helołkity i kaloszach wdzianych na bose stopy. Czas na interwencję matki.

 

PS. Żona Domowa doczekała się swojej strony na FaceBooku. Wchodźcie, drodzy Czytelnicy, polubiajcie, jeśli łaska.

wtorek, 15 maja 2012

Chce mi się czytać. Owładnęła mną wola czytania, mania książkowa, pasja czytelnicza, niepohamowana chcica na literaturę. No, z niepohamowaną przesadziłam, bo rozpęd ku konsumpcji słowa pisanego skutecznie ograniczają moje latorośle z ich nieustannymi potrzebami wyrażanymi głośno i hurtem oraz kurnik w jego przejawach wszelkich. Niemniej pęd odczuwam wielki i pożądliwie spoglądam na półkę, gdzie zgromadziłam same tylko naj-naj do najbliższego przeczytania. Jest tego ze dwa metry literatury stojącej sztorcem. Że nie wspomnę o tych woluminach, które na przeczytanie czekają cierpliwie na półkach kurnikowej biblioteki.

A na półce wspomnianej "do przeczytania już" kuszą na przykład: Francis Fukuyama wieszczący "Koniec człowieka", "Ostatni wykład" Randy'ego Pauscha, już nie nowy, ale wciąż oczekujący "Oskar i pani Róża", Szymon Hołownia z "Ludźmi na walizkach", książka pana o nazwisku z obcym zawijasem na końcu "Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie. Wyprawy do Asyryjczyków, Cymbrów i Karaimów", świeżutki, właśnie zakupiony Bauman "44 listy ze świata płynnej nowoczesności", tajemnicza "Harmonia caelestis" Petera Esterhazy'ego oraz nieco bardziej rozrywkowa "Jak rozmawiać ze ślimakiem" Clarke'a. Oraz sporo innych. A to i tak zestaw przetrzebiony przez MMU, który układając ostatnio nasz zbiór książek (z powrotem w porządku logiczno-tematycznym, o czym swego czasu wspominałam) wyniósł mi z mojej świętej półki połowę zawartości, bo mu pasowała w kontekście bibliotecznym.

A! Jeszcze rozpoczęte w szpitalu i z konieczności porzucone: Jodi Picoult "W imię miłości" oraz John Irving "Ostatnia noc w Twisted River". Plus literatura fachowa "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły".

Kradnę więc czas na czytanie, skubię po kilka stron, czasem nawet po kilka zdań zaledwie. Jodi Picoult na przykład leży pod łóżeczkiem Małej, czytam po trochu, kiedy w południe trzymam dziecię za łapkę w celu uśnięcia dziecięcia. Czasem udaje się niuchnąć trochę druku tuż przed snem, wtedy zasypiam na siedząco z okularami na nosie i książką na tak zwanym podołku. Czasami ignoruję bezczelnie michę prania czekającego na rozwieszenie oraz zmywarkę domagającą się kolejnego wsadu brudnych garów i w czasie drzemki Małej robię sobie godzinę wakacji. Albo desperacko poczytuję, kiedy moje dzieciory bawią się wespół 2 do 4 metrów ode mnie. Nie jest to łatwe, bo młodzież wchodzi mi wciąż w zdania ze swoimi nie cierpiącymi zwłoki sprawami, często nie pozwalając nawet dobrnąć do bieżącej kropki. 

Mimo tak wielu przeciwności kura domowa czyta. Jak widać nie "Tinę" i książki kucharskie, ale literaturę piękną, literaturę faktu, filozofię... Bęc w stereotyp!

poniedziałek, 14 maja 2012

Dawno, dawno temu, kiedy stawiałam pierwsze kroki jako pracownik etatowy, miałam kolegę znanego w całym biurze, a może i szerzej ze swej niepohamowanej skłonności do popadania w kłopoty. Jonasz - Człowiek-Katastrofa. Wszyscy grywaliśmy namiętnie w Tetrisa na służbowych komputerach i w godzinach pracy. Ale tylko jego łapał na tym szef. Albo wychodził sobie Jonasz wieczorem wynieść śmieci, nawet nie bardzo późnym wieczorem, w zasadzie jeszcze za dnia. Spotykał nastoletniego amatora nikotyny i dostawał w pysk za nieposiadanie zapałek. Po czym spędzał dwie godziny słuchając zwierzeń swego oprawcy w atmosferze rodzącej się męskiej przyjaźni. 

Codziennie rano Jonasz raczył nas przy korporacyjnej kawie opowieścią o swojej kolejnej przygodzie. Na jego cześć powstało określenie Dzień Jonasza, czyli dzień, kiedy rzeczywistość stawia opór i czego się człowiek nie chwyci, to się wniwecz obraca. I żeby tylko wniwecz.

Odkąd wróciliśmy z Wielkiej Majówki Dzień Jonasza objawia się na raty, w niewielkich acz stałych dawkach. Nie jest to więc klasyczna jonaszowatość, a raczej kategoria zauważalnych upierdliwości dnia powszedniego. Fragmenty raportu tygodniowego przedstawiam:

Zapomniawszy o zleceniu stałym przelewam miesięczną daninę za przedszkole. Po kilku dniach orientuję się, że mi się budżet domowy nie domyka. Zaalarmowana księgowość przedszkola leje mi upragnione złocisze z powrotem, ale idą chyba przez Kajmany, bo po trzech dniach wciąż jeszcze ni widu, ni słychu.

Mała czyści odpływ umywalki swoją szczoteczką do zębów. Bardzo dokładnie.

Daję się uwieść wiosennemu słońcu, po czym w drodze do przedszkola szczękam zębami. Pani wychowawczyni patrzy na mnie jak na wyrodną matkę widząc Przedszkolaka w krótkich spodenkach.

Poranne rozterki garderobiane. Wreszcie udaje mi się skompletować strój dla siebie i pacholąt, który można uznać za meteorologicznie bezpieczny. A po pięciu minutach oblewam się wodą. Z kiszonych ogórków.

Mała życzy sobie na kolację koreczki. Bardzo stanowczo sobie życzy, pięknie przy tym prosząc. Nie mogę odmówić. Nawlekam więc pracowicie serek, szyneczkę i kawałki ogórka na wykałaczki. Ze trzydzieści maleńkich koreczków, takich na jeden haps dwuletniej paszczy. A kiedy stawiam talerz na stole Mała zmienia zdanie - teraz nienawidzi koreczków. Bardzo głośno nienawidzi.

Jedziemy na przegląd dwulatka do oswojonej pediatry. Mała pozwala się zważyć. I nic poza tym. Pozostałe procedury przeglądu odkładamy pośpiesznie na "następnym razem". Wycofuję się z gabinetu targając wijąco-wrzeszczące dziecię pod pachą, ścigana spojrzeniami pielęgniarek, które mówią: "Co za matka, nie umie sobie z dwulatkiem poradzić!".

Obcinam Małej włosy. Przez sen, bo inaczej sobie nie da. Udaje mi się jakoś ostrzyc grzywkę oraz prawą połowę głowy. Doświadczenie mówi wyraźnie, że drugą połowę należy strzyc dnia następnego, bo mocnego snu okołopołudniowego wystarcza tylko na jedną połówkę. Ale skoro tak dobrze mi poszło, to głuchnę na podszepty doświadczenia i obracam Małą delikatnie na drugi bok w celu dokończenia postrzyżyn. Doświadczenie miało rację. W rezultacie mam niewyspaną i marudzącą do końca dnia Małą, a fryzura i tak połowiczna.

Idę na pocztę. Z Małą, a jakże, przecież nigdzie się bez niej nie ruszam. Kolejka. Czekamy, bo muszę nadać pilną przesyłkę. Dzień jest słoneczmy, ani śladu deszczu, nawet wczorajszego. Nagle Mała kucając na pocztowej posadzce stwierdza stoicko "O, moklo. Kałuza mamo.". Fakt, kałuża widoczna gołym okiem. Podobnie jak wielka mokra plama na spodniach Małej. Pielucha nie wytrzymała.

Robię dla Przedszkolaka grzanki z chałki. Wrzucam w toster. Trzeba pilnować, bo chałka łatwo się przypala. Do drzwi dzwoni sąsiad. Kiedy wracam do kuchni grzanki mam w postaci smętnych dymiących węgielków. Co było do przewidzenia zresztą.

Na szczęście obok wyżej wymienionych i innych nieżyczliwych szturchnięć rzeczywistości, tym razem pojawiają się anielskie przebłyski. Mała zamiast koreczków łaskawie zjada omleta, potrząsając fryzurą co prawda połowiczną, ale wdzięczną i nawet udaną, Przedszkolak zostaje przyjęty do upatrzonej przez nas szkoły, wygrywam stówkę w nakrętkowej loterii Nałęczowianki, sąsiedzi zapraszają nas na home made pizzę, spędzamy więc niedzielne półdnia na sybaryckiej uczcie, udaje mi się założyć stronę Żony Domowej na FaceBooku, z sądu dzwoni mila Pani z wieścią o wykonanym wpisie do księgi wieczystej, na który czekaliśmy, wysypiam się - raz.

Nie mogę więc powiedzieć, że to klasyczny tydzień Jonasza. Raczej nieco podwyższona oporność rzeczywistości. 

sobota, 12 maja 2012

foto z www.niepoprawni.pl

No i mamy równouprawnienie. Dążyłyśmy do tego uparcie, nieraz w tym pędzie dostając zadyszki. Teraz powinnyśmy być szczęśliwe - będziemy na równi z mężczyznami przechodzić na emeryturę w wieku lat 67. Dlaczego więc pod sejmem demonstrują przeciwnicy nowego systemu, a nie widać kontrmanifestacji feministek popierających te ustawę? Realizuje ona przecież wprost ideę równości wobec prawa kobiet i mężczyzn.

Ulałam sobie trochę żółci a teraz do rzeczy. Z prywatnego punktu widzenia wolałabym dostać emeryturę wcześniej. Żeby odpocząć, żeby mieć trochę życia na hobby, żeby odebrać ZUSowi to, co przez lata pracy oddawałam, żeby nie martwić się, czy na ostatniej prostej przed emeryturą ktoś zechce mnie zatrudnić. Nie żyję jednak na bezludnej wyspie, muszę więc patrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. A dalsza czasoprzestrzeń wygląda tak: społeczeństwo się starzeje, ludzie żyją coraz dłużej, rodzi się coraz mniej dzieci. To znaczy, że potrzeby finansowe grona emerytów rosną, a źródło ich zaspokajania maleje. To, co teraz oddajemy ZUSowi wcale nie jest kapitałem naszych emerytur, ale trafia od razu do skromnych portfeli naszych dziadków i rodziców. Nasze emerytury zaś będą finansowane z pracy naszych dzieci. Im mniej dzieci zdąży dorosnąć na czas, tym trudniej będzie znaleźć kasę na nasze starcze życie. Ergo - musimy tej kasy pożądać i potrzebować jak najpóźniej i jak najmniej, bo z pustego, albo prawie pustego to i Salomon na pochyłe drzewo nie naleje. 

Dlatego chociaż wolałabym dostać swoją dolę wcześniej, popieram nową ustawę. Myślę, że po prostu nie mamy innego wyjścia. Moglibyśmy jeszcze jako społeczeństwo zbiorowo grać w totka, a wygrane przeznaczać na przyszłe zasiłki. Albo napadać na banki. Ci, którzy teraz protestują pod sejmem też o tym wiedzą, ale jest dobra okazja do ugrania politycznego kapitału. 

Mam jednak dla ustawodawców propozycję do rozważenia. A rozumuję tak: skoro kasa na nasze emerytury będzie płynęła wprost z zarobków naszych dzieci, to ci, którzy te dzieci urodzą i wychowają powinni mieć możliwość skorzystania z emerytury wcześniejszej. Pod warunkiem, że ich latorośle mają swój wkład w PKB oraz skarbiec ZUSu, czyli pracują. Bezdzietni zaś pracowaliby dłużej. Bo po pierwsze - nie mają następców, którzy podejmą obowiązkową zrzutę na emeryckie wypłaty, a po drugie urodzenie i wychowanie dzieci jest ciężką wieloletnią harówką, która wyczerpuje fizycznie i pochłania siły. I tych, którzy ten wysiłek podejmują należałoby docenić oraz otoczyć troską proporcjonalną do ich rzeczywistego wkładu w stan społeczeństwa.

Taki system byłby być może skuteczną motywacją nie tylko do rodzenia dzieci, ale też do wychowywania ich na robotnych i gotowych do podjęcia wysiłku na rzecz państwowej wspólnoty, do zapewnienia im dobrego wykształcenia (rozumianego szeroko - jako zdobycie kwitu mgr, albo zdobycie przydatnych w pracy umiejętności bez kwitu).

Spodziewam się protestów tych, którzy nie doświadczają rozkoszy rodzicielstwa. Zaznaczam więc, że nie krytykuję niemania dzieci. To osobista sprawa każdego. Natomiast sprawą publiczną jest to, kto i ile wrzuci do ZUSowego worka, za te 20 czy 30 lat. I wtedy kwestia mania i niemania dorosłych już dzieci będzie miała znaczenie nie tylko prywatne, ale i państwowe.

Tak sobie dywaguję. 

Czy powinnam napisać do premiera?

13:19, walentyna
Link Komentarze (10) »
piątek, 11 maja 2012

Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę publicznie dziękować korporacji. Życie jednak pełne jest niespodzianek. 

Obrazek jest taki: kobieta budzi łagodnie dziecko, potem robi śniadanie, a potem sceny lecą jak lawina - pranie, zmywanie, odwożenie do szkoły, galop codzienny, w końcu jakieś sportowe zawody, zgrabna nieletnia gimnastyczka wykonuje skomplikowane ćwiczenia, zeskakuje z równoważni wśród oklasków kibiców i pędzi w stronę trybuny, żeby... paść w ramiona mamy. 

Oto portret kury domowej vel matki, którego bezskutecznie poszukiwałam ostatnio w mediach. Nie ma tu nieszczęśliwego kocmołucha przykutego do garów i zmęczonego dzieckiem. Jest normalna kobieta, ani piękna, ani brzydka, z wprawą wykonująca wszystkie domowe i matkowe obowiązki. Czasem ocierająca pot z czoła, a czasem uśmiechająca się z miłością i satysfakcją. Jest codzienność prania i brudnych naczyń, ale też i święto dziecięcego sukcesu, chwila radości, która rozsadza od środka serce, lub mózg, zależy gdzie kto umiejscawia emocje.

Poszperałam w internecie i obejrzałam wersję pełną tego spotu. Jest jeszcze fajniejsza, bo są tam kobiety różnych narodowości, majętności, kolorów skóry, wieku, urody, postury. Wszystkie łączy jedno - doświadczenie macierzyństwa pokazane od tej nieco szarawej i od tej najjaśniej uśmiechniętej strony. 

Spot zamyka hasło: "Być mamą to najcięższa praca i największa radość". Tu akurat mam do wtrącenia swoje trzy grosze. Bo zarówno ciężkość pracy, jak i skala radości są kwestią indywidualnych odczuć. Bycie mamą to praca, która bywa trudna, wyczerpująca, wymagająca, ale i przyjemna, wesoła i niebywale satysfakcjonująca. Trudna, ciężka, wymagająca i dająca satysfakcję bywa też praca lekarza, nauczyciela, handlowca, dyrektora, księgowego, pilota i tak dalej. Każde zajęcie wykonywane z zaangażowaniem i odpowiedzialnością można tak opisać. Więc nie wynoszę ponad bycia mamą, czy kurą domową. Ale dziękuję, że ktoś dostrzegł w tym PRACĘ - zajęcie wymagające wysiłku i źródło satysfakcji.

I nawet jeśli ta kampania jest sprytnie i z wyrachowaniem obliczona na zyski w walucie, i tak kłaniam się pi-arowcom P&G. Myślą przewodnią kampanii jest docenienie mam sportowców-olimpijczyków, ale spryciarze (kocham was!) nie zapomnieli podkreślić, że "Nie chodzi tylko o mamy Olimpijczyków, ale o wszystkie mamy na całym świecie, które tak wiele zrobiły dla swoich dzieci i tak niewiele oczekując w zamian".

Na deser powzruszałam się przy kolejnym filmiku, sil-wu-ple:

A jak kto jeszcze bardziej ciekawy, niech pobuszuje po stronach P&G.

czwartek, 10 maja 2012

Wyspana po okołopołudniowej drzemce Mała bawi się między kuchnią a salonem. Zerkam na nią pichcąc szpinak. Ustawia ogrodzenia, czy też domki z książeczek, potem układa z nich drogi. I gada. Wyjątkowo nie potrzebuje rozmówcy. Monolog ma, prawie jak z Szekspira. Mniej więcej tak to idzie:

- Pewnego lazu, pewnego lazu... O, ile mam tu butli. Zobac misiu, zobac. Jeden, las, cy, pięć, dwa. Dwa butelki. Tu socek. Tu woda. Napij sie, napij. Jak będzies duzy...

Chwila ciszy.

- Ide sobie, ide sobie... Tu mam domek. O, tu. I sie zeslałam. O, tu w kąciku sie zeslałam.

Z wizji lokalnej wynika, że mała dama nie zna jeszcze znaczenia zwrotu "zesrać się", ale brzmienie bardzo ją bawi. Wniosek drugi - bajka o brzydkich słowach zamieniających się w muchy, wymyślona dla Przedszkolaka, została mu opowiedziana o kilka brzydkich słów za późno.

19:45, walentyna
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2012

Najtrudniejszym słowem zarówno dla Małej, jak i dla Przedszkolaka wcale nie jest "rewolwerowiec", czy "nadinterpretacja". Poradziliby sobie, jak sądzę nawet z "najwydestylowańszym". Przez gardło najtrudniej przechodzi im "przepraszam". "Proszę" i "dziękuję" jakoś idzie, nawet bez przypominania.

W sytuacjach wychowawczych z Przedszkolakiem daje się negocjować, skuteczna jest także racjonalna argumentacja oraz metoda "na przeczekanie". A nade wszystko przykład własny oraz... opowieści. Improwizowane, na temat i koniecznie z morałem, którego się młody człowiek zawsze domaga. 

Mała jest uparta jak osioł. I nieposkromiona jak mustang. Ją trzeba edukować społecznie sprytem i podstępem. A jak tego nie wystarcza - omijać rafy, omijać!

Dziś Mała zawiniła na tyle, że się rafy ominąć nie dało. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się za ciężką robotę wychowawczą. Wytłumaczyłam w czym rzecz prostymi słowami i łagodnym, absolutnie niekonfliktowym tonem. Oraz przekazałam instrukcje, co teraz zrobić należy. Że przeprosić. Mała poszła w zaparte, przepraszać nie zamierza, uciskowi się nie podda i pod żadną presją się nie ugnie. Tym bardziej wychowawczą. 

No to pat. Nie Listonosz Pat, tylko pat w sensie szachowym. Oraz życiowym.

I trzeba z niego wyjść z twarzą. Ale też upartej królewnie dać na to szansę. Mała, czy duża, swój honor ma, oj ma.

I olśnił mię geniusz matczyny! I rzekłam do dziecięcia upartego, z nabzdyczoną miną grzebiącego w porcelanowym serwisie dla misiulków:

- Córeczko, a może zrobisz dla mnie herbatkę na przeprosiny?

Oblicze dziewczęcia pojaśniało jak zorza. Może przeprosić nie przepraszając!

Zostałam uraczona siedmioma filiżankami herbatki "na pseplosiny". I nastał pokój w kurniku i zgoda.

A trzy godziny później usłyszałam:

- Pseplaaasam mamo za te ksyki i płace.

I zagrały fanfary na cześć geniuszu mego!

wtorek, 08 maja 2012

foto pożyczyłam stąd: http://www.zwdomowe.pun.pl/kura-domowa-233.htm. Dziękuję.

 

Komentarz Srokiwgarści zapadł mi w myśl. Skutki uboczne są takie, że sama siebie pytam, czego ja się tak wściekam na tę kampanię "Kobito pracuj, to cię uszczęśliwi". Przepycham się umysłowo sama z sobą, prowadzę wewnątrzczaszkową dyskusję, podważam własne argumenty. Sprawdzam, czy to, przy czym się upieram jest dla mnie samej prawdziwe i słuszne. I z tych zmagań samej z sobą wewnątrz własnego umysłu wynika, że chodzi mi naprawdę o kilka spraw. Najpierw o stereotypy, z tymi o kurze domowej na czele. Potem o wolność wyboru, o którą okazuje się nie jest łatwo w świecie masowej konsumpcji i masowej informacji. I jeszcze o szacunek. Oraz o kłamstwa i manipulacje. To tak z grubsza.

Stereotyp bezmyślnie umacniany przez media to kura domowa jako zaniedbana, smutna, brzydka kobieta, która zajmuje się siedzeniem w domu. Sprząta, gotuje i opiekuje się własnymi dziećmi, bo nic innego nie potrafi. Powszechnie wiadomo, że sprzątać, gotować i pilnować dzieciaków to każdy umie, ergo - kura domowa żadnymi szczególnymi umiejętnościami się nie odznacza. A ja twierdzę przeciwnie. Otóż nie każdy gotuje zjadliwie, bo nie każda suma produktów jadalnych jest jadalna. Nie każdy sprząta tak, by efektem tego procesu był porządek, a nie bałagan w innym miejscu. A przede wszystkim kura domowa nie siedzi - chyba że w toalecie lub podczas posiłku przy stole, bo zaiwania cały dzień. Nie tylko sprzątając, czy gotując, ale robiąc miliony innych rzeczy - ciekawych i nudnych, wymagających rozmaitych umiejętności, wiedzy, doświadczenia. Piszę więc tu o tym, co robię, jakie "projekty" domowe realizuję. Tworzę sobie hipotetyczne CV, gdzie notuję jakie doświadczenie zawodowe zdobywam będąc tylko domową gospodynią. Walę łbem w ten stereotyp babiszcza niczego sobą niereprezentującego z przekonaniem, że kiedyś musi powstać w nim rysa.

Kura domowa jest też standardowo kobietą nudną, niechętnie widzianą w towarzystwie, no bo o czym ona może cokolwiek powiedzieć - o dzieciach i kuchni? Zresztą i tak jest pewnie niewykształcona, albo po prostu głupia, skoro tak w domu siedzi. Jakby była inteligentna i/lub miała wykształcenie, to by sobie normalnej roboty poszukała i się realizowała jakoś. Wpisy mojego bloga mają być więc także manifestacją sprawności intelektualnej oraz świadectwem posiadania komórek mózgowych i robienia z nich użytku. A w kwestii wykształcenia - posiadam dwa kwity na rozum: jeden to uniwersytecki mgr filozofii, a drugi to licencja na politologię ze specjalizacją dziennikarską. 

Kolejny lansowany stereotyp to taki, że w dzisiejszym świecie kobieta może być szczęśliwa i spełniona tylko pracując zawodowo. Już słyszę tupot nóg tłumu kasjerek z Tesco, które biegną, by podpisać się pod tym sloganem. Z pieśnią na ustach. Nie potępiam tej mocno promowanej drogi do szczęścia, ale walczę o inną - swoją własną. Propaganda kobiecej kariery przypomina mi czasy, kiedy była jedna obowiązująca linia światopoglądowa. Marginalizowanie, a raczej przemilczanie istnienia alternatywnych sposobów na osiągnięcie szczęścia i spełnienia jeży mi sierść na grzbiecie. W kraju demokracji uprzejmie proszę o wolność wyboru i szacunek dla poglądów odmiennych od tych najgłośniej reklamowanych. Wzajemność oferuję już teraz - nie próbuję reformować kobiet, które mieszczą w jednej teraźniejszości 8 godzin pracy zawodowej, czas dla dzieci, czas dla męża, domowe obrządki, fitness, kosmetyczkę, szoping, życie towarzyskie... Ani ich nie oceniam, ani nie mam się za lepszą matkę, ani nie mam się za gorszą kobietę. Jedyne, co głoszę to to, że inaczej też jest pięknie. 

Piszę o różnych przygodach żonodomowych, czasem śmiesznych, czasem mniej, na dowód mojej szczęśliwości pomimo niepracowania oraz na dowód tego, że w życiu kury domowej jednakowoż coś się dzieje, poza standardowym gotowaniem, praniem, prasowaniem. Pomysłów na wpisy blogowe noszę w głowie więcej, niż jestem w stanie wystukać na laptopie. Inspiracje napadają mnie codziennie. Wyskakują z tego ponoć nudnego, monotonnego życia domowej kobity. I bywa wesoło, ciekawie, dziwnie, zaskakująco, intrygująco, wzruszająco... Bo dlaczegóż wizyta anielskiego elektryka ma być mniej interesująca od zebrania zarządu korporacji? Dlaczego improwizowana poezja mojego dwuletniego dziecięcia ma być mniej pasjonująca od ploteczek przy biurowym ekspresie do kawy? 

Stawiam swoje kurnikowe życie jako atrakcyjną alternatywę dla życia w korporacji. I żeby nie było, że teoretyzuję i gdybam sobie. Mam za sobą ponad 10 lat pracy w dużej firmie z całkiem zadowalającą karierą. Więc kiedy piszę o korporacyjnym kurniku, kiedy go sobie porównuję ze swoim domowym, piszę o tym, czego sama doświadczyłam, a na co teraz mogę spojrzeć z dystansem - czasowym i przestrzennym.

To tak po wierzchołku góry lodowej sobie tu poskakałam. Będzie się ta góra co jakiś czas kawałkami wynurzać.

A dla tych, którzy przysnęli w trakcie wywodu, wersja skrócona:

Chodzi mi o to, że będąc żoną domową:

1. Jestem szczęśliwa i spełniona.

2. Mam ciekawe i urozmaicone życie.

3. Nie mam kurzego móżdżku, lecz całkiem sprawnie funkcjonujący intelekt.

4. Udomowienie jest moim wyborem, którego dokonałam na obecny etap życia. Domyślam się, że ten etap kiedyś dobiegnie końca i być może jednym z elementów kolejnego będzie praca zawodowa. 

5. Jak każdy człowiek nie lubię być lekceważona i pomijana, a mój sposób na życie w jego obecnym etapie zasługuje na szacunek tak samo, jak inne.

6. Niektórych ludzi kariera uszczęśliwia, ale nie jest to jedyny sposób na szczęście - tak własne jak i okolicznych bliskich.

7. Stereotypy są krzywdzące.

8. Dbam o siebie i choć ikoną stylu pewnie nigdy nie zostanę, jestem atrakcyjną babką, która w swoim kurniku paraduje w fajnej kiecce i z makijażem na obliczu. 

9. Wiele umiem i mam doświadczenie bardzo wielobranżowe, a zdobyłam je mierząc się z bajecznie kolorowym wachlarzem wyzwań stawianych przez moje domowe nanoprzedsiębiorstwo.

10. Wściekam się, kiedy ludzie - czy to bezpośrednio, czy w mediach - oceniają mnie i moje życie nie mając o nim bladego pojęcia. 

11. Nie twierdzę, że będąc kurą domową jestem lepszą matką czy żoną od innych. Twierdzę, że nie jestem od nich gorszą kobietą.

Howgh!

poniedziałek, 07 maja 2012

Znów nie mieszczę się w stereotypie. Jako żona domowa powinnam być raczej nudnawym egzemplarzem człowieka, wiodącym monotonne życie pomiędzy kuchnią a dziecięcym nocnikiem. Jedyne tematy, na które ewentualnie mogłabym się wypowiedzieć to kulinaria, dzieci - zdrowie i wychowanie oraz techniki porządkowe i środki czystości w gospodarstwie domowym. Tymczasem zdaje się, że jestem kurą wynaturzoną, bo nie dość, że uważam swoje kurze życie za ciekawe i urozmaicone, to jeszcze mam tyle do powiedzenia, że mi się już powoli dysk mózgowy zapycha pomysłami na wpisy blogowe. O Baumanie - już gdzieś zapowiadany, o powrotach do domu, o bajkach, o nowej kampanii Unilevera, o talentszołach, o muzyce (owszem, owszem, kura muzykę słyszy), o Cioci Dobra Rada i jeszcze kilka komentarzy do stereotypów, na które - co już chyba oczywiste - mam alergię.

Nawet gdybym codziennie tworzyła jeden wpis, nie nadążyłabym za tempem i różnorodnością życia. Życia kury domowej.

Wielka Majówka była cudnym czasem nieśpiesznego bycia razem - MMU, ja, dziecki. I świetne towarzystwo Przyjaciół. Mieliśmy czas i okazję przyjrzeć się naszym latoroślom jeszcze uważniej, niż zwykle. Znów nas zaskoczyły. Wrażliwością, delikatnością, ciekawością świata. I tym, że są już takie "duże" - gotowe na więcej, niż myśleliśmy. Więcej wiedzy, więcej doświadczeń, więcej świata, więcej brania i więcej dawania. Więcej radości i więcej rozumienia. Z ogromną przyjemnością skupiliśmy się na nich i na sobie nawzajem. Wzmacnialiśmy poczucie wspólnoty, rodzinny front wobec świata. 

Po powrocie do niemajówkowego rytmu i obowiązków chcę zatrzymać tę intensywność bycia razem. To oznacza większy wysiłek i uważność na co dzień. Chętniej bierzemy udział w przyjęciach dla misiulków, łamigłówkach dla przedszkolaków, znajdujemy więcej przyjemności w odpowiadaniu na tysiące ciekawych świata małolatów. Gęstość refleksji, spostrzeżeń oraz tematów do opisania wzrasta. Jeszcze trudniej więc dokonać wyboru - co opisać, a co zatrzymać w pamięci na później. 

W związku z tym mam już plan na emeryturę. Oprócz przeczytania wszystkich zaległych książek i uprawiania ogródka. Będę pisać o wszystkim, czego mi skleroza nie unicestwi. Tymczasem musi mi wystarczyć pisanie wyrywkowe oraz upychanie w pamięci tego, co za kulisami. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14