Menedżer mikroświata domowego, solution finder, omnipotentna jednostka do rozwiązywania problemów wszelakich. Być kobietą domową to nie tylko sprzątanie, hodowla dzieci i kwiatów w doniczkach, gotowanie i prasowanie. Kompetencje pełnoetatowej kury domowej sięgają daleko poza i ponad wyobrażenia kur biurowych. Co niniejszym we wpisach tutejszych udowodnię jakem drób!
Kategorie: Wszystkie | Dzieckowo | Kulinaria | Myślę sobie... | Żony żywot
RSS
czwartek, 23 lutego 2012


Będzie znowu o rosole. To zadziwiające, jak niewyczerpanym źródłem inspiracji może być zwykły wywar z warzyw i mięcha.

Przedszkolak chory, więc pracowicie przyrządzane przeze mnie posiłki przegrzebuje jeszcze bardziej niż zwykle. Siedzi przy stole z miną męczennika za wiarę w wolność od jedzenia. W głębokiej zadumie robi łyżką fale na coraz zimniejszym rosole. Mnie od samego patrzenia na niego wzbiera ciśnienie śródczaszkowe, ale bardzo się staram chorego dziecięcia nie napadać.

- Mamo - odzywa się w końcu wystudiowanym słabowitym głosem - a co to za paprochy tu pływają? Okropne! Przecież wiesz, że nie lubię.

Oczywiście, wiem, że rosół musi być jak kryształ z górskiej krynicy dziewiczych rejonów puszczy amazońskiej tchnieniem ludzkim nietkniętych. Paprochy won! Dlatego synu mojemu rosół nalewam na talerz przez sitko. Zawsze.

- Przesitkowałaś mi? - pyta groźnie, a niebieściutkie oczęta świdrują mnie oskarżycielsko.

- Oczywiście, że przesitkowałam - przyjmuję atak z godnością i spokojem.

Chwila namysłu.

Pięć rosołowych fal później:

- Ale czy przez najdrobniejsze sitko?

- Tak, przez najdrobniejsze.

Kolejna chwila zadumy. Rosół o kilka stopni zimniejszy.

- Ale czy przez duże, czy małe?

- Przez małe.

Przedszkolak trawi. Bynajmniej nie zawartość swojego talerza, lecz pozyskane informacje.

- Ale nie przez to, co się stawia i zahacza?

- Nie, nie przez to.

- Tylko przez to, co się trzyma w ręce?

Czuję, jak w mojej gardzieli wzbiera gulgot i za chwilę z siłą wulkanu się ujawni i szlag trafi moje postanowienie bycia wyrozumiałą matką dla chorych dzieci własnych. Ostatkiem sił cedzę przez zęby:

- Przesitkowałam-przez-najmniejsze-sitko-najgęściejsze-jakie-mamy-w-domu-plastikowe-które-się-trzyma-w-ręce. Jedz wreszie ten rosół!

Przedszkolak popatrzył niewzruszony i niezupełnie przekonany. Miotnęłam się więc w kierunku zmywarki, otworzyłam w połowie mycia, zanurzyłam górne pół siebie w kłęby buchającej pary i wygrzebawszy rzeczone sitko położyłam je na stole, centralnie in front od Przedszkolaka. W ten sposób udowodniłam ostatecznie swą niewinność.

- To poproszę o słomkę - rzekł łaskawie Przedszkolak, po czym przez tęże słomkę wysączył zimny rosół.

środa, 22 lutego 2012

Będąc kobietą niezależną, samodzielną i samotną miałam niezawodny sposób na chandrę. Jesienną, zimową, wiosenną i wszelkie inne. Mianowicie wsiadałam za kierownicę swojego samochodu i wyruszałam, gdzie oczy poniosą. Czyli na Puławy. Monotonne drgania silnika, skupienie na prowadzeniu auta i dobra muzyka koiły skołataną mą duszę. Gdzieś w okolicy Góry Kalwarii chandra mijała. Okrążałam miejscowe rondo i wracałam do domu. Dla pewności - aby utrzymać efekt terapeutyczny, robiłam porządki w szafach, albo ze trzy zaległe prania, czy gruntowny kipisz w łazience z szorowaniem fug emerytowaną szczoteczką dozębną.

Obecnie zastosowanie powyższego sposobu na chandrę napotyka tak zwane trudności obiektywne. Jedyny samochód w naszym gospodarstwie domowym nader często użytkowany jest przez Męża Mego Ukochanego. A nawet jeśli akurat trafię chandrą w moment nieużytkowania - w budżecie domowym nie przewidziano środków na rekreację w postaci terapeutycznych wycieczek w okolice Góry Kalwarii. Znaczy się ja - główna księgowa tegoż budżetu - nie przewidziałam. Poza tym zawsze mam przy sobie przynajmniej jedno z moich dzieciąt. Przecież nie porzucę, żeby chandrę w trasie leczyć. A ze sobą nie zabiorę, bo upchnięte w dziecięcy fotelik samochodowy pacholę z pewnością będzie paszczą kłapać, czym zagłuszy muzykę a skupienie na prowadzeniu auta przeniesie do kategorii "Niemożliwe". Tym samym zaś zniweczy lecznicze właściwości eskapady.

W takich okolicznościach trzeba się ratować tym, co jest pod ręką. A pod moją najpewniej są dzieciory moje ukochane ze wszystkimi dodatkami. Kiedy więc chandra mnie nachodzi, wydobywam z czeluści dziecinnego pokoju puzzle. Byle duże i drobne. Padam na kolana i układam. Przedszkolak z początku patrzy nieufnie, no bo dlaczego mama zamiast zrzędzić, że nie ma czasu za to ma dużo roboty, siedzi i się bawi. Ale po chwili sprytny małolat postanawia wykorzystać tak niezwykłą okazję i dołącza do zabawy. Na to nadciąga Mała i nie zastanawiając się długo, a nawet wcale, wchodzi do gry. Układanie puzzli to dziwna czynność - wymaga skupienia a jednocześnie pozwala puścić myśli na wolny wypas. Im bardziej więc ściubię klocek w klocek, tym lepiej mi się na duszy robi. Przedszkolak metodycznie ściubi obok, co przynosi dodatkowy efekt łagodzący moje dolegliwości emocjonalne. Mała układa metodą losowo-siłową, czyli bierze dwa klocki na chybił-trafił, wciska jeden w drugi i solidnie przyklepuje łapką. Tak w niespotykanej ciszy mija nam czas do wieczora. Efektem ubocznym tego spokoju jest kumulacja energii kinetycznej tak wewnątrz Małej jak i w Przedszkolaku. Energia ta stanowczo domaga się ujścia, więc w porze kąpieli młodzież rozbiera się porzucając elementy garderoby gdzie popadnie i zaczyna szaleńczo biegać. Na golasa. Przedszkolak chudzina ze swoimi pajęczakowatymi odnóżami i Mała pląsająca chaotycznie po całej chałupie, obydwoje wydający radosne piski. Ubaw po pachy!!! Chandra odpływa w niebyt.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Zdarza się kurze domowej w wielki świat czasami wyruszyć. W ramach wycieczek krajoznawczych byłam ci ja ostatnio w pewnej korporacji. No pięęęknie! Aż dech zapiera! Windy cichobieżne, marmury głaciutkie zimniutkie, bezustannie froterowane przez smutnego pana na traktorze, drzwi ogromne kręcą się cicho mrucząc. Wszędzie lustra ogromne, pokazujące mi moją małość i marność względem wielkiego świata. Cichobieżne wykładziny, nieotwieralne okna na całą ścianę, ufokształtne fotele przy biurkach... Dizajn i glamur! 

Zza ustawionych w starannie zaprojektowany rządek biurek wystają nieznacznie szarawe twarze pracowników. Korporacyjny wyraz twarzy nie przewiduje uśmiechu w standardzie. Jak również w normach pracy nie ma miejsca na kwiaty w doniczkach, dyskretnie grającą muzyczkę, czy jakiekolwiek inne elementy mogące choć trochę ocieplić i uczłowieczyć atmosferę pracy. Żeby przypadkiem klienci nie pomyśleli, że ktoś tu jest nieprofesjonalny. Takie wymagania rynku - powie pewnie lokalny władca-dyrektor rozkładając ręce w geście bezradności. Co ma znaczyć: "Nie, no ja to jestem dusza-człowiek, cacany taki, ale wiecie, RYNEK ma swoje wymagania, firma musi robić odpowiednie wrażenie i pi-ar. Zresztą, ludzie źle nie mają - biuro piękne, nowoczesne, komputery, każdy ma swoje miejsce. A że okna się nie otwierają, muzyka nie gra, światło dzienne nie dociera przez ciemne szyby - no już bez przesady! Ludziom się w dupach przewraca!".

Siedzą więc pracownicy, każdy przy swoim metrze kwadratowym biurka, z przydziałowym długopisem i koszem na śmieci. Oddzieleni od siebie połściankami. Siedzą na nowoczesnych krzesłach i dziubią w klawiatury komputerów. Wypisz wymaluj chów klatkowy drobiu. Gdyby znosili jajka, miałyby stempelek z "3" na początku. Ale ferma nowoczesna, światowe standardy.

Jeśli to kogoś uszczęśliwia, to niech będzie, że się czepiam.

Nie twierdzę, że u mnie byłoby "0", czyli chów ekologiczny. Ekologiczni to są moi znajomi, którzy w górskiej głuszy mieszkają, hodują własne warzywa, oddychają czystym powietrzem i widoki mają przepiękne na świat. W jajkowej klasyfikacji swój kurnik uplasowałabym gdzieś między "1" a "2" - chów na wolnym wybiegu, tylko okoliczności przyrody mało zachwycające: osiedlowy trawnik obficie nawożony psimi kupami to jednak nie to samo, co bieszczadzkie połoniny...

czwartek, 16 lutego 2012

Veni pisze, że ma kumulację biurową. I że może też by w totka. Bardzo inspirująco i malowniczo. Ja mam to samo w wersji na kurnik. 3.0. Specyfikacja z 24 godzin poniżej.

Pada śnieg a wiatr podwiewa go pod fartuszki moim oknom wdachowym. Tam sobie śnieg topnieje, po czym wlewa się burymi strużkami do sypialni, zostawiając doskonale widoczny wzorek na niedawno pomalowanych ścianach. Niedawno i własnoręcznie przeze mnie. Do dziś w krzyżu czuję, że mam świeżo malowane. A teraz mam świeżo malowane z jeszcze świeższym ornamentem w zaciek. Przezorna byłam więc farba jest zmywalna. Ale zacieki nie. Pan fachowiec od okien, może przyjść dopiero w przyszłym tygodniu, bo teraz to on w Łodzi na targach rezyduje. A kolegi żadnego tutaj nie ma, co by go zastąpił, bo firma ogranicza zatrudnienie. Przez najbliższe dni mogę więc siąść i płakać razem z moimi oknami. I planować malowanie poddasza na wiosnę.

Przedszkolak w ramach solidarności z materią nieożywioną ma wyciek z nosa. Katar czyli. Do fabryki z katarem nie pójdzie, więc muszę z dostępnych a akceptowanych przez niego produktów wyczarować jakiś obiad. Tak w ogóle to obiad codziennie robię, tyle że Mała zeżre wszystko, więc nie muszę się jakoś specjalnie namyślać. A Przedszkolak je tylko to, co lubi, a lubi niewiele. Oprócz nagłej konieczności dostosowania planow obiadowych do wybrednego gustu mojego dziecia, mam też dodatkową atrakcję w postaci zgłaszanych z częstotliwością co 10 sekund potrzeb pilnych, zapytań ważkich, wymagań kategorycznych, oczekiwań niecierpiących zwłoki, postulatów i pomysłów nie z tej ziemi.

Mała dorwała się przed obiadem do utartej marchewki. Wyżerała garściami, żeby jak najwięcej zanim ktoś ją na tym przyłapie. Efekty: bluzeczka po łokcie upaprana marchewką, która się nie spiera żadnym detergentem, Mała ożarta marchewką po korek, więc już obiadu nie tknie, marchewka, co miała być do obiadu dla wszystkich, została pożarta niemal do nicości - dla Przedszkolaka jeszcze jakieś resztki wyskrobałam, ale dla siebie otworzę chyba słoik ogórków...

Przedszkolak włączył płytę Gawędy. Nie mam nic przeciwko, lubię nawet. Tylko piosenka o Korczaku rozwala mnie emocjonalnie. No i mam duszę sponiewieraną do wieczora.

Żelazko zdechło. Dobre było, Rowenta, bardzo poważana przez moją Rodzicielkę. Nawet nie bardzo wiekowe - dwa lata najwyżej. Nie wytrzymało starcia ze składem chemicznym naszej wody z kranu i zarosło kamieniem na śmierć. Drugie, jakie mamy "na wszelki wypadek" okazuje się przyprawia korki elektryczne o spontaniczne wyskoki. Dokonałam więc naprędce wykopalisk archeologicznych w schowku na różne graty i wygrzebałam antycznego Philipsa, co to jeszcze pamięta czasy, kiedy MMU i ja prowadziliśmy osobne gospodarstwa domowe. Ma co prawda rozbebeszony nieco kabel i niesprawny jakiś guzik, ale nadal prasuje.

Sąsiad zademonstrował mi zaciek na swojej ścianie. Ale nie w ramach sąsiedzkiej empatii do moich własnych wykwitów ściennych lecz w związku z podejrzeniem, że to ja go zalewam. Nie wiem, czym i jak, bo nad pokojem jego dziecia to ja mam akurat wspomniany schowek na graty przeróżne. Ale coś zadziałac w sprawie trzeba. Czeka mnie wytarganie ze schowka owych gratów, których liczba nie cztery, nie czterdzieści cztery, lecz raczej czterysta czterdzieści i cztery. Z kronikarskiej skrupulatności nadmienię, że do schowka wchodzi się w pozycji zgiętej w pasie w głęboki pokłon lub na kolanach. Mój kręgosłup już się cieszy.

Zima jest to w domu jest zimno. Na rozgrzewkę zrobiłam sobie gorący napój imbirowy z miodkiem i cytryną. Potem Mała zażądała "na sedes", potem Przedszkolak zapotrzebował pić, potem trzeba było podwieczorek sporządzić, potem wymienić zasieki przeciwzaciekowe z chusteczek powtykanych w szpary okien, potem zbudować miasto z geo-magu... A kiedy mój napój znów napatoczył mi się na linię wzroku, był już raczej orzeźwiający niż rozgrzewający.

Teraz pointa: 

 Mała woła siedząc na kiblu:

- Maaaamoooo! - daje ile pary w płucach, chociaż stoję tuż obok niej i pilnuję, żeby na łeb nie spadła.

- Co? - odpowiadam uprzejmie.

- Gdzieeee jeeeesteeeeś? - drze się nadal entuzjastycznie.

- Tutaj, obok ciebie.

- W kosmosieeeee?

- Tak, w kosmosie - przytakuję odruchowo i bezmyślnie.

- Nie - stwierdza rzeczowym i stanowczym tonem moje młodsze dziecię - jesteś w niebie.

No pewnie. W siódmym!

 

PS.

Mała obiad jednak pochłonęła. Nie wiem, gdzie ona to wszystko mieści.

środa, 15 lutego 2012

Sezon pracowy MMU rozpędził się na całego i MMU intensywnie poluje na mamuty. W związku z tym w domu go niewiele widać. Raporty z kurnika oczywiście otrzymuje codziennie, więc ze sprawami zasadniczymi jest na bieżąco, subtelności jednak umykają. 

Kiedy MMU wraca z polowania, od progu wszyscy radośnie go witamy. Chociaż dzieciory akurat dość oryginalnie manifestują tę radość: Przedszkolak uprawia akrobatyczną wspinaczkę po zmęczonym pracą ojcu, a Mała strzela focha: "Nie łapaj mnie! Nie mów mi! Nie patsaj do mnie!". Potem jakoś się wszystko wyrównuje, przedszkolak złazi z ojcowskiej głowy nieco niżej, czyli w okolice ramion, tam dołącza do niego Mała i przez chwil kilka jest grupowe przytulanie i wyznania miłości. I na trochę sytuacja jest unormowana. Bywa jednak, że znienacka objawiają się skutki uboczne nieciągłości przebywania MMU w domu.

Zadzwoniła do mnie koleżanka. Kulturalnie zapytała, czy to dobry moment na rozmowę. Zerknęłam po obejściu: MMU właśnie nałożył sobie obiad i z Małą na kolanach przymierza się do konsumpcji. Czyli obydwoje zagospodarowani na najbliższe 10 minut i mogę chwilę pogadać.

No to gadamy.

Nie minęło minut dwie, jak z okolic kuchennego stołu dobył się wrzask dziki na wysokich rejestrach. Łypnęłam okiem czujnie, gotowa rzucić się na pomoc Małej lub MMU, w zależności od kontekstu. MMU jednak wspaniałomyślnie zamachał na znak, że opanuje sytuację samodzielnie, więc gadałam dalej zerkając tylko z przyzwyczajenia. Wypadki potoczyły się następująco:

Żebym słyszała cokolwiek, MMU z Małą pod pachą umknął do łazienki. Z każdym jego krokiem Mała darła się bardziej. W łazience zaś dostała dzikiej histerii, a krótko potem łkała prawdziwą rozpaczą. MMU próbował opanować sytuację ze sił wszelakich.

Wkroczyłam współczując obojgu. I tak już niewiele rozumiałam z tego, co mówila do mnie słuchawką moja koleżanka.

Oto co właściwie się stało:

MMU nałożył sobie obiadek - ryż, a na to naciapał obficie potrwakę z krewetek. Gorącą. Usiadł przy stole sadzając sobie Małą na kolanie. Miała być chwila idylli tatusia z córusią. Mała natychmiast wsadziła palec w obiad MMU. Zawsze maca cudze jedzenie, jeśli ma je w zasięgu - z ciekawości i łakomstwa. MMU nie mógł tego przewidzieć, bo zwykle to ja mam ją na kolanach przy stole, kiedy się je, więc on nie wykształcił sobie w drodze rodzicielskiej ewolucji odpowiednich odruchów wróżebnych. Potrawka była gorąca, więc Mała palec oparzyła, co ogłosiła stosownym wrzaskiem. MMU w dobrej intencji wyniósł ją do łazienki. Intencja byla dobra podwójnie, bo po pierwsze - żebym ja mogła jednak chwilę porozmawiać słysząc swoją rozmówczynię, a po drugie - żeby cierpiący paluszek schłodzić wodą. Nie mógł Mąż Mój Ukochany wiedzieć, że Mała ma ostatnio alergię na łazienkę, jeśli jest tam wnoszona, a nie wchodzi na własnych nogach. Gdyż bowiem wniesienie do łazienki zapowiada zwykle zmianę pieluchy, czego Mała od jakichś dwóch tygodni nienawidzi serdecznie. I nie mógł MMU także wiedzieć tego, że aktualnie wszelkie zabiegi pielęgnacyjne z myciem rączek włącznie to tylko mama może wykonać. Takie okresowe dziecięce natręctwo z paranoją. Stąd zamiast sytuację uratować, zdezorientowany MMU osiągnął efekt bardzo wręcz przeciwny.

Jak się poluje na mamuty, to nie można być jednocześnie na bieżąco ze wszystkimi niuansami buntu dwulatka w wykonaniu jaśnie księżniczki. Dobrze, że z dwóch egzemplarzy płci żeńskiej w naszym kurniku przynajmniej ja to rozumiem. Mała nawet nie zamierza, co zamanifestowała obrazą majestatu na tatusia przez pozostałe pół dnia. A potem tatuś znów wyruszył na mamuty.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Jedziemy samochodem: ja za kierownicą, z tyłu Przedszkolak i Mała. Przedszkolak kontempluje w zadumie przemijającą za oknem czasoprzestrzeń. Mała ćwierka na każdy temat. Mijamy tak małe i większe biurowce, ze dwie stacje benzynowe, kościół, McDonalda, naście przystanków autobusowych... I stado bilboardów rozproszone równolegle wzdłuż całej trasy. Między innymi ten:

Nagle Przedszkolak przerywa swoje milczenie:

- Mamo - mówi nieco zdziwiony - jak można wygrać z cukiernicą?

Będzie o seksie. W pewnym sensie. I o randkach. I o MMU i o mnie też. A konkretnie - mamy z MMU pewne... upodobanie. Nie żeby dewiacja jakaś, czy zboczenie, choć podobno nie jest to praktyka w narodzie bardzo powszechna. Co mnie nieustannie dziwi zresztą, zważywszy, ile frajdy nam to daje. Z drugiej strony -  nie jesteśmy w tym całkiem odosobnieni. Na szczęście.

Otóż - lubimy książki. Lubimy je czytać, lubimy je kupować, mieć, rozmawiać o nich, a nawet uprawiamy swego rodzaju froteryzm książkowy, czyli ocieractwo. Idziemy na randkę do ulubionej księgarni Traffic, i przez kilka godzin buszujemy wśród półek, kartkujemy, oglądamy, niuchamy, poczytujemy, co bardziej smakowite układamy w koszykach. Każde sobie, każde w swoim. Raz na godzinę czy dwie wleczemy nasze koszyki w umówione miejsce, siadamy sobie ramionko w ramionko i opowiadamy, co o czym i dlaczego fajne. Książki, które przejdą etap wspólnej weryfikacji poprzez zachwalanie, trafiają ostatecznie do naszego domu.

Aktualnie w naszej domowej bibliotece panuje chaos, sodomia i pogoria. Z racji przykurczu miejsca i jego niedostatku na kolejne przygarnięte woluminy zaczęłam zagęszczać półki w bibliotecznych szafach. Rodzicielka moja poradziła, żeby książki poukładać rozmiarami, to się najlepiej przestrzeń wykorzysta. Rady posłuchałam. Poukładałam tak jakieś pińcet sztuk i straciłam rozpęd oraz poczucie sensu. Chyba jednak u nas musi być logicznie a nie ergonomicznie - czyli literatura piękna w jednej kupie, polska i obca oddzielnie, literatura faktu w podziale na biografie, wywiady, reportaże, podróżnicze, serie wydawnicze razem, osobno poezja, klasyka w innym fyrtlu niż współczesność, psychologia bliżej socjologii i kącik skandynawski, bo to do niczego innego niepodobne. I jeszcze półka specjalna na nasze najbliższe czytelnicze plany (z powodu deficytu czasowego zwane też sarkastycznie pobożnymi życzeniami), gdzie na przeczytanie czeka już dobre trzy metry książek. Ustawionych na sztorc oczywiście. Będzie więc od nowa wykładanie, układanie i wkładanie. Froteryzm książkowy w wersji ekstremalnej. Kichanie i rąk masakracja od kurzu. Odkrywanie przypadkiem zapomnianych jeszcze nie czytanych. Po raz kolejny obmacywanie umysłem tych ulubionych. 

A jak już przerzucę wszystkie tysiąc dwieście siedemdziesiąt sześć sztuk, w bibliotece zrobi się miejsce na dwie lub trzy dodatkowe półki. I znów pójdziemy na randkę do Trafficu i będziemy uprawiać ocieractwo mentalne o literaturę. Wrócimy do domu taszcząc ciężkie siaty. Zawartość naszej książkowej "poczekalni" wydłuży się z trzech metrów do czterech z hakiem. Będzie pachnieć świeżym drukiem na cały kurnik. A wieczorem poczytam sobie (i dzieciom) starego, dobrego "Kubusia Puchatka". 

piątek, 10 lutego 2012

Wszystko, co napisałam o Oddziale E to prawda, sama prawda, lecz nie cała prawda. Należy się posłowie.

Pacjent ma swoje prawa. I zanim zostanie dopuszczony na oddział, musi świadomość tych praw potwierdzić wielokrotnymi podpisami. Na przykład ma prawo do informacji o swoim stanie zdrowia. Oraz do poszanowania własnej godności. I najważniejsze w szpitalu jest, żeby pacjenci o tych prawach wiedzieli. A właściwie nie tyle żeby wiedzieli, ile żeby podpisy były we właściwych miejscach. Kwestia realizowania tychże praw jest drugo-, jeśli nie piętnastorzędna. 

Informacji o stanie zdrowia nie udziela się. Z lekarskiej inicjatywy - never! A jak pacjent upierdliwy z pytaniami się rzuca na personel medyczny, to personel potrafi doskonale odpowiadać - wymijająco, mgliście, ogólnikowo, zbywająco. Podejrzewam, że mają specjalne szkolenia z mówienia tak, by nic nie powiedzieć. A pacjenci pytający są uważani za najgorszy gatunek pacjentów, niegodnych dostąpienia zaszczytu przebywania w placówce medycznej i poddawania się medycznym procedurom.

Robi mi doktor USG. Pytam uprzejmie:

- Co widać w tym moim USG, panie doktorze?

Doktor mruczy coś, rezonując z mruczandem drukarki. Liczy na to, że jak mnie nie usłyszy, to pytania nie było. Ale ja upierdliwie drążę:

- Czy wszystko w porządku? Co pan tam w moim środku zobaczył?

Skoro pacjentka lekarza udręcza, to lekarz ma prawo się bronić. Rzecze więc:

- Wszystkiego się pani dowie przy wypisie.

Po czym szybko kończy badanie i umyka z gabinetu.

No to czekam na wspomniany wypis. Przychodzi z nim sympatyczna pani lekarka. Pytam więc:

- Jakie są wyniki moich badań?

- Jeszcze wszytkiego nie mamy. Proszę się zgłosić po wyniki za dwa tygodnie.

- A z tych, co już są co wynika?

- Jak będą wszystkie badania, to będzie można coś powiedzieć.

- A te, które już są, są prawidlowe, czy nie?

Przezornie ustawiłam się pani lekarce w poprzek ścieżki ewakuacyjnej, więc w końcu udało mi się z niej wycisnąć, że mam za wysoki poziom czegoś-tam. Ale że jestem okrutna, no i mam świadomość swojego prawa do informacji o stanie zdrowia, potwierdzoną własnoręcznym podpisem, to drążyłam dalej:

- I co to oznacza? Czy to jakaś choroba? Jakie są możliwe przyczyny?

Pani doktor chyba była prymuską na szkoleniach z nicniemówienia, bo jakimś cudem wyfiknęła się ku drzwiom wcisnąwszy mi w dłoń kwity mojego wypisu i wołając w locie:

- Wszystko powie pani lekarz prowadzący.

I tylko echo za nią powiało.

Jakież to niezwykłe poszanowanie godności, kiedy się pacjenta traktuje jak idiotę. Ale przyznaję, obawiałam się wytoczyć ciężkie działa w walce o swoje prawa, bo by mi jeszcze personel medyczny lewatywkę zasunął, z całym szacunkiem dla mojej godności. Czekam więc przepisowe dwa tygodnie, aż kolekcja wyników badan będzie kompletna i pielęgnuję w sobie nadzieję, że "mój lekarz prowadzący" zechce wtedy cokolwiek zeznać, zanim wypisze recepty i zaleci 3 razy dziennie po dwie tabletki niebieskie i jedną różową, 20 minut przed jedzeniem.

Na całym oddziale przez w sumie 6 dni pobytu (w trzech ratach) zdarzyła mi się jedna rozmowa, w której pani lekarka dokładnie mi wyjaśniła, co zobaczyła w badaniu, jakie opcje wykluczyła, jakie są możliwe kolejne wyniki i ewentualności leczenia. Używała przy tym słów zrozumiałych dla przeciętnego człowieka, a nie żargonu medycznego. Cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania. Wprost i bez wymijania. Pewnie nie uważała na szkoleniu.

środa, 08 lutego 2012

Nareszcie w kurniku! A póki mam na świeżo - kilka impresji szpitalnych:

Najważniejszy jest Profesor. Wszyscy się go boją. Najpierw boją się lekarze, potem pielęgniarki, a na końcu udziela się pacjentkom. Kiedy wkracza na oddział, zawsze towarzyszy mu przynajmniej dwuosobowa świta. Nieomalże słychać fanfary i o mało co czerwony dywan rozwija się pod jego uczone stopy. Kiedy bada pacjentkę, tłumek lekarzy i pielęgniarek, jak widownia w amfiteatrze, dzielnie mu sekunduje zaglądając w pacjentkę od strony, którą niekoniecznie chciałaby wystawiać na widok tak publiczny. Profesor bada i komentuje, a widownia spija z jego ust uczone słowa. Dla pacjentek, w bezpośrednim kontakcie, a kontakt ginekologiczny jest z natury rzeczy niezwykle bezpośredni - Profesor jest łagodny, miły, rzeczowy, nawet pozwala sobie na delikatne żarty. Z pewnością nie zadziera uczonego nosa i nie domaga się fanfar i hymnów. Nawet odpowiada na pytania. Swoją świtę jednak trzyma twardą ręką - dorośli ludzie, lekarze z wieloletnim stażem zachowują się przy nim jak przedszkolaki, a kiedy Profesor zbliża się z porannym obchodem, pielęgniarki w wielkiej panice zarządzają sprzątanie sal, układanie rzeczy, żeby nic na parapetach nie leżało, żeby ręczniki schowane, żeby kocyki złożone w kosteczkę na łożkach... Jak na koloniach przed wizytą z kuratorium.

Pani Doktor, nazwijmy ją Wu, to wyjątkowa osobowość. Wszyscy pozostali traktują pacjentki z kulturą i szacunkiem. Pani Wu natomiast nie przepuści żadnej okazji, by na pacjentkę nafukać. Mnie się dostało za to, że nie pamiętałam dokładnie wagi urodzeniowej moich dzieciów, innej dziewczynie - że weszła do gabinetu lekarskiego nie wtedy, kiedy by sobie tego życzyła Pani Wu, jeszcze innej - że poprosiła o receptę. Każda okazja jest dobra, żeby Pani Wu pokazała wszystkim, jak jest ważna, mądra w mniemaniu swym i jaką ma władzę. Jednak kiedy Profesor na którymś obchodzie zwrócił jej uwagę, że w karcie coś jest niewyraźnie napisane, aż przykucnęła w pokornym ukłonie popiskując "Ja się poprawię, panie profesorze". 

Do szpitala trzeba zgłosić się skoro świt. Izba Przyjęć przyjmuje od 7:30 do 8:00. Jak się spóźnisz, przepadłaś. A potem, kiedy już przestąpisz próg oddziału, siadasz sobie na krzesełku i czekasz. Godzinę, dwie, czasem trzy. Na wolne łóżko. Bo pacjentki, które mają właśnie wyjść do domu też czekają. Godzinę, dwie, trzy. Na wypis. Czasem zamieniają się miejscami, kiedy salowe zarządzą, że te "stare" mają już zwolnić łóżka dla "nowych". Wtedy "stare" siadają na krzesełkach, a "nowe" drzemią w łóżkach, odsypiając wstawanie skoroświt. Czekają. "Stare" na wypis, "nowe" na obiad.

Co bardziej doświadczone pacjentki zapewniają sobie dożywianie na własną rękę. Oddziałowa lodówka zawsze jest pełna zapasów. Szpitalna kuchnia co prawda smacznie pitrasi, ale na ilości oszczędza. No i kolacja jest o 17:00, a potem, jeśli nie idziesz spać z kurami, czymś się trzeba dożywić. Jest szpitalny bar i stołówka. Można kanapkę, ciacho albo i obiad. Ale też do 17:00. Potem zostaje tylko kiosk z batonikami.

A teraz porzucam krytykanctwo, bo mimo kilku dziwności i śmieszności, których nie omieszkałam złośliwie zauważyć, oddział E zasługuje na uznanie. Kiedy wkracza się nań przez rozsuwane automatycznie drzwi, otwiera się jasna, czysta, uporządkowana przestrzeń. Cały personel medyczny jest skupiony na pacjentkach. Nie ma żadnych pogaduszek i ploteczek, kiedy pacjentka czegoś potrzebuje. Uprzejmość, empatia, troskliwość, uważność. Poza Panią Doktor Wu, rzecz jasna. Wygodne łóżka, pokoje z łazienkami, otwarte podejście do odwiedzin. Wszystko działa. Szczęśliwie nie musiałam w życiu jakoś specjalnie się wycierać po szpitalach, ale zaliczyłam dwie porodówki i dwa inne przelotne epizody. Różnicę widać na każdym kroku. Chwała Profesorowi za jego dzieło.

No i miło było popatrzeć na Panią Doktor Wu zgiętą w pokornym przykucu :-)

wtorek, 07 lutego 2012

Pobyt w szpitalu (trzecia runda, recydywa - może tym razem uda się dokończyć badania) daje możliwość eksploracji zupełnie dotąd nie znanych obszarów świata. Wypływam więc na te szerokie wody leżąc sobie w szpitalnym łóżku, to podnosząc, to opuszczając część podgłowną i/lub podkolanną. Przedszkolak oczadziałby z ekscytacji na widok tego cudu techniki - z łóżka sterczy rura, a na jej końcu mała skrzyneczka z sześcioma przyciskami. Nacisnę jeden, to mi łeb podnosi, drugi - opada, trzeci - wypiętrza łańcuch górski w okolicy kolan, czwarty go wypłaszcza, piąty - całe cielsko unosi ku sufitu, szósty działa odwrotnie niż piąty. 

Leżę więc ci ja, wypiętrzam się, to rozpłaszczam i na przykład czytam bardzo lokalną gazetkę, którą całkiem bezpłatnie zdobyłam w szpitalnym barze. I dowiaduję się rzeczy, o które pewnie bym się nigdy nie potknęła, gdyby nie te moje przymusowe zdrowotne wakacje.

Czy wiecie, że jest coś takiego jak Światowy Dzień Mokradeł? A turystyka bagienna? I jeszcze inwentaryzacja mechowisk - jak pięknie brzmi! Tego chyba nawet Mąż Mój Ukochany nie wiedział. Ha!

Kończę gazetkę, to sobie na przykład poczytam mój RMUA i widzę, że jestem ubezpieczona na wiele różnych sposobów: emerytalnie-rentowo, chorobowo-wypadkowo oraz... zdrowotnie. Dwa pierwsze kumam jako tako. Ale skoro ubezpieczenie chorobowe - jak mniemam w naiwności swej obywatelskiej - dotyczy mnie w stanie chorym, to od czego ubezpiecza mnie to zdrowotne? Od zdrowia? Czyli że co - mam żądać odszkodowań, kiedy zdarzy mi się jednak NIE chorować? Co daj Boże niezależnie od ubezpieczeń. Świat jest pełen zagadek...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9