Menedżer mikroświata domowego, solution finder, omnipotentna jednostka do rozwiązywania problemów wszelakich. Być kobietą domową to nie tylko sprzątanie, hodowla dzieci i kwiatów w doniczkach, gotowanie i prasowanie. Kompetencje pełnoetatowej kury domowej sięgają daleko poza i ponad wyobrażenia kur biurowych. Co niniejszym we wpisach tutejszych udowodnię jakem drób!
wtorek, 31 marca 2015

 

Rankiem w przedszkolnej szatni:

- A wies, - rzekła Mała do Taty Jasia - ze osiemdziesiąt procent dzieci w skole ma próchnicę?! W zębach! - dodała dziobiąc palcem wskazującym powietrze ponad swoją głową dla podkreślenia wagi komunikatu.

Tata Jasia nie wiedział. Mała zaś wiedziała, bo dzień wcześniej przepytywała mnie z tego, co porabiałam, kiedy ona była zajęta w przedszkolu. Porabiałam otóż artykuł na temat, jak dbać o zęby dzieci szkolnych. I między innymi analizowałam odnośne statystyki, czym podzieliłam się z moimi dziećmi.

A statystyki poznałam straszliwe. Jeszcze straszliwsze zaś było to, że się w te zatrważające procenty społeczeństwa wpisujemy całą rodziną. Wstyd mi i hańba, ale tak właśnie: dzieciory przegląd stomatologiczny miały jakieś pińcet lat temu, nasze wizyty u dentysty niewiele mają wspólnego z regularnością, zęby owszem, myjemy, ale już płynów do płukania paszczy to używamy raczej sporadycznie, szczoteczki wymieniamy, jak nam się przypomni, a nie co nakazane 3 miesiące. I jeszcze dodatkowy wyrzut sumienia, wzbudzony przez załączoną do tekstu audycję - Juniorowi stałe zębiska wyłażą, a my nawet nie wiedzieliśmy, że się je lakuje dla zdrowotności profilaktycznie. Oraz ulegamy bezmyślnie mitowi, że zęby to droga sprawa, nie sprawdziwszy nawet, jakie opcje proponuje państwo.

Podzieliłam się wieściami o stomatologicznym upadku naszej rodziny z Mężem Mym Ukochanym, który akurat równolegle coś pracował na kanapie. I tak mnie stomatologiczne sumienie ruszyło, że w te pędy wybadałam miejscowy rynek usług świadczonych via NFZ i zadzwoniłam umówić dzieciory na przegląd paszcz. Pani miło ze mną rozmawiała, umówiła nawet nie na przyszłą pięciolatkę, lecz za trzy tygodnie. Tylko w rozmowie wciąż nam się wcinał dźwięk drugiego telefonu w tle. U pani dzwoniło.

- Umówiłam dzieci do dentysty - sapnęłam do MMU zadowolona z dobrze wykonanego zadania.

- Tak? A do jakiego?

- Enefzetowego.

- Ale do jakiego enefzetowego?

Zdziwiło mnie, że MMU taki ciekawy, ale podałam mu nazwę przychodni.

- No to ja właśnie do nich dzwonię przecież! - zawołał odkrywczo MMU. Ten natarczywy dzwonek telefonu w tle okazał się od niego. Też go sumienie stomatologiczne ruszyło.

Jak powiedziałam dzieciorom, że za trzy tygodnie pokażą paszcze pani dentystce, od razu entuzjastycznie postanowiły zwiększyć liczbę dziennych myć zębów, żeby sobie zgryz wyszykować elegancko przed wizytą. Tak same z siebie postanowiły, nie sugerowałam nawet.

I tylko siebie zapomniałam umówić i o swoją paszczękę się zatroszczyć. Jak zwykle.

poniedziałek, 30 marca 2015

Czy tylko mi się wydaje, czy faktycznie matki nieco podrośniętych dzieci objawiają zadziwiający potencjał kreatywności i rozwoju we wszelkich dziedzinach? Myślę, że to może być rodzaj macierzyńskiego rozpędu, tylko z hodowania dzieci przeniesiony częściowo na hodowlę... czegoś innego.

Uwielbiamy hodować, doglądać, opiekować się, patrzeć, jak wzrasta... Kiedyś to się po prostu rodziło jedno dziecię za drugim, aż się w jednej izbie uzbierała drużyna piłkarska (choć wtedy chyba jeszcze w futbol nie grywaliśmy). Teraz czasy są bardziej skomplikowane, a popęd został ten sam, więc go trzeba jakoś kanalizować. Potrafimy to robić znakomicie. Jak tylko zakończymy działalność stricte rozrodczą oraz wyjdziemy z pieluch, czyli jak "dzieci trochę odchowane", puszczamy nasz instynkt hodowania bez smyczy i patrzymy, dokąd nas zaprowadzi.

To może być na przykład pies. Albo dwa. Trzy też. Znaczy - do posiadanego już przychówku doadoptujemy zwierzynę, którą możemy czule tarmosić, głaskać, miziać i która zapewnia nam odpowiednio wysoki poziom urobienia po pachy, bo przecież wiadomo, kto z psiną (psinami) wychodzi na spacery, jeździ do weterynarzy, karmi, poi, kąpie itd. W ten sposób mamy kolejne dziecko, pozornie go nie mając.

To może być praca, gdzie otrząsnąwszy się z uharowania wczesnym macierzyństwem, szukamy wyzwań, które wypełnią z nawiązką niewielkie luzy czasowe powstałe w wyniku oddania dzieci pod opiekę instytucjom edukującym. Nowy projekt, który możemy rozwijać od zera jest idealnym rozwiązaniem.

Może to też być na przykład jakaś porywająca idea, której oddamy czas i energię dotychczas przynależne pieluchom i przecierowym zupkom.

Bywa też nagła eksplozja fitnesu. Taka mama na poziomie przedszkolnym, lub szkolnym, która już podniosła utrudzone czoło znad pieluch, patrzy w lustro i może doznać napadu instynktu hodowania samej siebie! A nawet jakby urodzenia się na nowo, w postaci zgrabnej, zdrowej, wysportowanej.

Mi akurat w fitnes nie poszło. Może trochę żałuję, szczególnie, kiedy w plecach łupie, ale cóż... Poszło za to w innym kierunku. Moje "trzecie dziecko" nazywa się Juniorowo i jest własnoręcznie przeze mnie udzierganym internetowym serwisem edu-parentingowym, o którym sobie już od dawna przemyśliwałam. A konkretnie od chwili, kiedy moje dziecki stały się szkolno-przedszkolne i znudziło mnie przekopywanie się przez tony informacji o pieluchach, kupach, laktatorach i sposobach na kolkę, jakie zajmują 80% miejsca w każdym znanym mi serwisie dla rodziców. Chciałam takiego miejsca w internecie, gdzie byłoby o dzieciach, które już wyrosły z pieluch, ślinienia się i gaworzenia. Potrzebowałam informacji o gadających na wszelkie tematy, mądralińskich szkolniakach. Nie znalazłam takiego serwisu w sieci, więc go sobie zrobiłam. Sobie i wszystkim rodzicom, którzy chcą wciąż zgłębiać dzieckowe tematy, tylko tematy dla bardziej zaawansowanych. Dla rodziców, którzy podrośli.

Dziecko, jak to dziecko, pochłania mnóstwo czasu i energii i odwdzięcza chwilami wielkiej satysfakcji. Trzymajcie kciuki i zaglądajcie! Na razie z raczkuje poganiane entuzjazmem matki, która wierzy, że jej nowa pociecha szybko stanie na nogi i rozwinie skrzydła.

sobota, 21 marca 2015

fot. Ross Little

W piątek po południu jak zwykle stukałam w klawiaturę. Żona Poranna tym razem wyjątkowo miała odebrać dziecki ze szkoły i przedszkola po południu, bo ja wyjątkowo zawiozłam całą czwórkę rano. Miałam więc szansę skończyć robotę jak należy. Zostało mi jeszcze wybrać zdjęcia ilustrujące do tekstu, kiedy na ekran wtargnął prostokącik komunikatu kalendarza i ze stanowczym "PING!" oznajmił: "Króliki!".

- O, matko, króliki!!! - zakrzyknęły moje myśli. Zupełnie zapomniałam, że tego dnia miałam ze szkoły odebrać nie tylko dzieci, ale i szkolne zwierza, które miały u nas spędzić weekend. Zamiana dyżurów odwózkowo-przywózkowych z Żoną Poranną była więc bez sensu. Puściłam jej alarmującego esemesa, a sama puściłam się galopem do samochodu. Mąż Mój Ukochany rzucił się mi pomagać, na szczęście w pół do samochodu uświadomił nam obojgu, że jeśli pojedziemy po towarzystwo razem, to w drodze powrotnej ktoś się nie zmieści - albo on, albo króliki, albo któreś z dzieciorów. Popędziłam więc dalej sama sprintem na przełaj przez korki do szkoły. 

Króliki okazały się dość ciężkie. Jeden pan nauczyciel okazał się bardzo pomocny. Klatka królików okazała się nadspodziewanie duża, na szczęście bagażnik naszego auta również.

Wtargawszy cały króliczy ekwipunek wraz z ich apartamentem na nasze trzecie piętro bez windy, umieściliśmy klatkę w zacisznym miejscu, wypakowaliśmy zwierzynę z kuferka podróżnego do klatki i poczęliśmy obserwować. Z początku obserwowaliśmy króliki, później zaś dzieciory, których objawy fascynacji zoologicznej były równie spektakularne, jak sama goszcząca u nas fauna. Króliki zresztą, umordowane stresem podróży i traumą nowego miejsca, wyprodukowawszy kilka króliczych bobków, zapadły w drzemkę.

Dziś Mała zerwała mnie z łóżka o siódmej, stanowczo domagając się rozpoczęcia opieki nad królikami. Dodrzemując na kanapie w salonie (gdzie gościła zwierzyna) podglądałam moją córkę, jak podaje królikom śniadanie, wymienia żwirek w kuwecie toaletowej, dokłada świeże sianko.

- Mamo, a kiedy je wypuścimy z klatki? - napadła mnie pytaniem. Od tego momentu powtarzała je co kwadrans, domagając się uwolnienia królików z klatki, żeby sobie mogły pohasać po naszym metrażu. Obiecałam, że je wypuścimy, ale postawiłam warunki. Po południu, kiedy metraż został wysprzątany przy całkiem energicznym współudziale Juniora i Małej, dzieciory zbudowały z klocków-wafli zasieki bezpieczeństwa, żeby nam się zwierzyna nie rozpierzchła w miejsca nieoczekiwane, nastąpił Ten Moment. Klatka powędrowała do kuchni, którą wytypowałam na króliczy wybieg, zasieki bezpieczeństwa zostały umieszczone w newralgicznych punktach, podłoga zamieciona, marchewka wabiąca pokrojona w krążki i ustawiona przed klatką. Klatka otwarta. Odmówiłam wyciągania zwierzyny, stanowczo nalegając, żeby pozwolić królikom wyjść, kiedy będą na to gotowe.

Mała w swej ekscytacji zbliżyła się do histerii. Przekonałam ją jakoś, że trudno będzie królikom wyjść, jeśli ona całym swym ciałem tkwi w otworze wyjściowym. Po wstępnym zamieszaniu dzieciory zajęły pozycje nieco z boku. Króliki jednak nie były zainteresowane wyjściem w myśl zasady, że wolność jest po to, by z niej czasem nie skorzystać.

Po pewnym czasie dzieciorom znudziło się czekanie na króliczą decyzję opuszczenia klatki i poszły grać w Dobble. Ja zajęłam się stukaniem w klawiaturę. Mąż Mój Ukochany zdawał się również zajęty swoimi sprawami. Minęły kolejne minuty, podczas których króliki ignorowały otwarte na oścież drzwi klatki oraz usychającą za nimi wabiącą marchewkę.

Pozorny spokój okazał się jednak pełen napięcia. MMU nie wytrzymał. Z głębokim westchnieniem i czymś w rodzaju "Chodźcie tu futrzaki", ruszył ku klatce. Z niemałym trudem wyłowił jednego zwierza i ustawił na kuchennej podłodze. W pół nanosekundy zwierz w stanie skrajnej paniki wskoczył z powrotem do klatki.

- Może ty będziesz odważniejszy - mruknął MMU i odłowił drugą sztukę. Sztuka zwiała równie szybko, co poprzednia.

Po tej porażce wszyscy wreszcie dali królikom spokój. Pół godziny później, stukając w klawiaturę, kątem oka dostrzegłam, jak jeden z królików wystawia nieśmiało ruchliwy pyszczek poza klatkę. Po chwili wystawił też całą resztę siebie i pokicał ostrożnie na rekonesans po kuchni. Zawołałam dzieciory. I to był błąd. Ich entuzjazm wpłoszył ciekawskiego królika z powrotem do klatki.

Znów czekamy, czy wyjdą, udając, że jesteśmy wszyscy zajęci czymś zupełnie innym. W ten sposób można spędzić nawet cały weekend.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Kiedy dzieciory, albo jeden dziecior choruje, Żona Domowa porzuca część swych kurzych czynności codziennych na rzecz towarzyszenia dziecięciu w chorowaniu. Dzierga obiadki, podaje lekarstwa, oklepuje plecki, smaruje maści, wyciera nos... Oraz układa puzzle, koloruje, maluje, buduje z klocków, czyta literaturę dziecięcą na głos i co tam sobie jeszcze chore potomstwo zamarzy. Codzienne życie bierze się w nawias. I nawet można w tym zasmakować, o czym pisałam dawno, dawno temu.

Tak było dawno, dawno temu, w poprzedniej epoce. Bo jak się Żona Domowa zrobi freelancem, to chory dziecior ma już zupełnie inny wymiar. Wymiar katastrofy organizacyjnej. Chore dziecię bowiem, jak kiedyś, trzeba pieczołowicie dokarmić, lekarstwami naleczyć, oklepać, zainhalować, nasmarować, nos wytrzeć... I jak dawniej dziecię chore domaga się wspólnego z mamą układania puzzli, kolorowania, rysowania, budowania z klocków, czytania na głos literatury dziecięcej oraz wielu innych atrakcji wypełniających czas domowego aresztu chorobowego. I jak dawniej instynkt żonodomowy pcha imperatywem wewnętrznym Żonę Domową ku tym pielęgnacjom, inhalacjom, kolorowankom. Ku z dzieciem byciu i olaniu wszelkiego innego obowiązku. Ale inaczej niż kiedyś, świat pozadomowy teraz stanowczo stuka w okienko, a właściwie łomocze za pomocą urządzeń komunikacji wszelakiej, nalegając na wykonanie zaczerpniętych z owego świata zleceń, dotrzymanie terminów, wykonanie umówionych telefonów i odbycie ustalonych spotkań.

Żona Domowa przywdziawszy postać freelanca już się nie może zanurzyć w pozaczasiu i spokojnie celebrować leczenia swego potomstwa, wszelki inny obowiązek odkładając na potem. Teraz Żona Domowa musi jednocześnie leczyć dziecinę, grać w "Grzybobranie", rysować pieski, obierać owocki... oraz być równocześnie w zupełnie innym miejscu. W związku z tym Żona Domowa ma frustrację, stres i zaskakująco zwielokrotnioną tolerancję na oglądanie przez dziecię bajek w TV.

Ale puzzle, lego i kolorowanki i tak odprawia.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

- Musisz koniecznie napisać na blogu o książkach dla dzieci! Dużo!- zażądały dwie zaprzyjaźnione matki, kiedy spokojnie sobie gadałyśmy przy herbatce o dzieciach. No to proszę :-)

O książkach dla dzieci mogę dużo i długo. Tym razem się umiarkuję, żeby Czytelników zachęcić, a nie zamęczyć. Moja wiedza w zakresie literatury dziecięcej bierze się stąd, że moje dzieciory czytają wszystko i wszędzie. Junior już samodzielnie, choć nie gardzi posłuchaniem jak mama czyta głosowo. Mała wciąż do czytania używa mnie lub Męża Mego Ukochanego, a sesje na-głos-czytania są uwielbiane przez wszystkich członków naszego gospodarstwa domowego. A oto, co polecamy z najświeższego doświadczenia:

 

"Babcia na jabłoni" - spokojna, optymistyczna i urocza opowieść o tym, jak sobie zrobić babcię. Do tego ładnie wydana przez Dwie Siostry. Przyjemnie się czyta, a zarówno czterolatka, jak i ośmiolatek słuchają z wielkim zainteresowaniem.

 

"Moje szczęśliwe życie" - kolejny dowód na to, że Skandynawowie mają jakiś specjalny unikalny gen pisania dla dzieci. Prosta, szczera, ale bez wstrząsów opowieść o emocjach, przyjaźni, szczęściu, smutku. Napisana prostymi zdaniami, które zrozumie nawet przedszkolak, a których nie powstydzi się i pierwszoklasista. Idealna dla pięcio- sześciolatków - bohaterką jest dziewczynka, która pierwszy raz idzie do szkoły, poznaje nowe środowisko, mierzy się ze swoimi wątpliwościami, nawiązuje przyjaźń...

 

"Dzieci z Bullerbyn" - zawsze, wszędzie i o każdej porze. Wielokrotnie. Uwielbiam ja, uwielbia Junior oraz Mała. I nie szkodzi, że rzeczywistość szwedzkiej wioski sprzed kilku dziesiątek lat nie bardzo odzwierciedla dzisiejsze życie nieletnich. Bullerbyn wciąż bawi, śmieszy, sprawia frajdę. A "kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej" przyprawia nas za każdym razem o spazmy śmiechu. Kolejny dowód na fenomen skandynawskiej literatury dla dzieci.

 

Z serii "Czytam sobie" Junior wchłonął ostatnio w jedno popołudnie "Szarkę" oraz "Pułapkę na ktosia". Mała natychmiast zażądała przeczytania sobie. Obydwoje bardzo zadowoleni. "Szarkę" czytałam Małej ja, więc osobiście rekomenduję. Ładna to historia, trochę przyrodnicza, trochę tajemnicza i odczarowująca wilki z mitu złego zwierza co szczerzy kły i zjada babcię. O "Pułapce na ktosia" wypowiada się Junior: - Jest fajna, to znaczy ciekawa i jest tam tajemnica.

 

"Misja Profesora Gąbki" - Junior co wieczór konsekwentnie domaga się kolejnego fragmentu czytanego na głos. Sam nie czyta, bo mamy wiekowe dość wydanie z drobnym drukiem, nieprzyjaznym nawet dla dorosłych oczu. Czytam więc, choć osobiście nie zachwycam się. Dla mnie - nudna książka o niczym. Junior twierdzi, że podoba mu się historia i akcja. Ja tam wiele akcji nie widzę. Mała zaś odpadła po drugim rozdziale i w czasie, gdy ja męczę się czytając Juniorowi, ona układa do snu wszystkie swoje petszopy.

 

"Piaskowy Wilk i ćwiczenia z myślenia" - fantastyczna! Mądre, ale nie przemądrzałe, proste, ale bez przesady opowiastki o różnych Ważnych Sprawach. Napisane tak, że dla chcącego młodego myśliciela pozostawiają dużo miejsca na własne rozważania, a jak i rodzic chętny, to i miejsce na lekko filozoficzną pogawędkę. Już mamy apetyt na pozostałe części serii o Piaskowym Wilku. Junior czyta sobie sam i jest pełen entuzjazmu. Mała oczywiście żąda czytania za pomocą mamy lub taty i też się wciągnęła.

Tyle na dziś przeglądu literatury dziecięcej. Jeśli chcecie więcej - mogę niebawem znów coś nastukać. Ferie mamy i na jutro planujemy napad na bibliotekę, więc będzie o czym.

PS. Tytuły linkuję do stron wydawnictw, z których też zaczerpnęłam zdjęcia okładek (z wyjątkiem "Misji Profesora Gąbki" - to zdjęcie starego wydania, które czytamy).

środa, 14 stycznia 2015

 fot. adam (gdziebylec.pl)

Lubię zwiedzać po sezonie. Wiosną, jesienią, zimą... Nawet jeśli wieje, leje i generalnie meteorologia staje dęba - lubię. Wszak poznawać kraj nasz uroczy można - zależnie od pogody - outdoorowo i indoorowo. A posezonowe zwiedzanie ma wiele zalet.

Podstawową - że aktywność turystyczna posezonowa nie odbywa się w towarzystwie dzikich tłumów innych zwiedzających. Nie mam nic przeciwko ludziom w ogóle, bywam towarzyska, przyjazna, serdeczna i uprzejma dla bliźnich, ale przyznaję, tłumów nie lubię. Setki kilogramów turystów napierających na moje plecy, depczących Małą, ściskających chudego Juniora uniemilają podziwianie nawet najbardziej spektakularnych i pięknych miejsc. Nie lubię też wystawania w kilometrowych kolejkach po bilety, wspinania się na palce, żeby zapewnić sobie choć skrawek widoczności, poganiania i przepychania mnie, kiedy próbuję kontemplować, donośnych rozmów tuż nad moim uchem, kiedy opowiadam półszeptem moim dzieciom legendę zwiedzanego miejsca, napastliwych straganów z farbowanym cukrem w różnych kształtach oraz z polskimi pamiątkami made in China. Nie lubię znużonych tłumem przewodników, którzy beznamiętnie odbębniają kolejną rundkę z kolejną grupą. I jeszcze kilku rzeczy, o których akurat nie pamiętam, ale przypomnę sobie na pewno, kiedy nadejdą wakacje.

Bo oczywiście nielubienie moje nie wyklucza zwiedzania w szczycie sezonu. Mogę sobie ponarzekać, ale takiej okazji do włóczenia się po kraju i eksplorowania interesujących jego zakątków, jak dwa miesiące wakacji Juniora na pewno nie odpuszczę. Zwiedzamy więc sezonem letnim, a i owszem, zagłębiamy się w tłum, wspinamy na palce, ignorujemy nieuprzejmych przewodników oraz wytężamy umysły, by znaleźć na mapie miejsca ciekawe a mniej oblegane, by przewidzieć nieoczywiste pory zwiedzania, polujemy na zniechęcającą turystycznie pogodę i na wszelkie inne sposoby wróżymy, kiedy tłumu będzie mniej. A kiedy wakacje się kończą, nie odkładamy naszych podręcznych plecaczków, przewodników i map, tylko zwiedzamy dalej - posezonowo, weekendowo albo i nie, okazyjnie.

I wygląda to na przykład tak:

W strugach lodowatego deszczu docieramy do Janowca do Zamku w Paski. Otulamy się szalikami, naciągamy na głowy czapki i kaptury przechadzając się smaganymi wiatrem zamkowymi krużgankami. Widok z nich na okolicę przepiękny, a pewnie jeszcze ładniejszy będzie wiosną (obiecujemy sobie przyjechać). Dzieciory ślizgają się z chichotem na lodowisku powstałym w jednej z komnat zamkowej ruiny. Całe krużganki mamy dla siebie, do widoków nie musimy się przepychać i możemy spędzić tam tyle czasu, ile nam się podoba. Gdyby tak nie wiało, może nawet zaimprowizowalibyśmy rodzinny performans o księżniczce, która pewnie kiedyś tu mieszkała, przechadzała się po zamku, jak my teraz, wirowała tanecznie w oblodzonej obecnie sali balowej. Latem wśród tłumu trudno byłoby wyobrazić sobie tę księżniczkę, zamek bowiem wypełniony turystami jest mało księżniczkowy, pozostaje przede wszystkim obiektem turystycznym.

Jak już mamy dość zimna, idziemy do budynku zamkowego muzeum. Choć jest już popołudnie, jesteśmy pierwszymi gośćmi. Pani muzeowa wyraźnie ucieszona na nasz widok, kroczy za nami z sali do sali. Pilnuje, to jasne, ale też bardzo chętnie wdaje się w rozmowę, opowiada o eksponatach, o historii zamku, z uśmiechem odpowiada na dociekliwe pytania. A my zawsze mamy mnóstwo pytań. W dużej grupie uczestnik zadający pytania jest udręką dla przewodnika oraz reszty wycieczki, gdyż opóźnia trucht zwiedzający. Kiedy jesteśmy sam na sam z przewodnikiem, bardzo często zdarza się, że z pełną otwartością prezentuje on nam swoją szeroką wiedzę i z upodobaniem wchodzi w dialogi. W rzeczonym Janowcu pani muzeowa opowiedziała nam nawet legendę o Czarnej Damie, czyli zakochanej nieszczęśliwie Helence. Dzieciory przez kwadrans nie mrugały, słuchając opowieści z rozdziawionymi paszczami.

Sklepik z pamiątkami jest jeden, straganów napadających watą cukrową i plastikowymi mieczami po trzy dychy sztuka - brak. Wybieramy więc w sklepiku każdemu dzieciorowi po jednej pamiątce. Jesteśmy jedynymi klientami, więc możemy dowolnie długo się zastanawiać. Dzięki temu nie chwytamy, co popadnie, by czym prędzej uciec, tylko dyskutujemy z potomstwem kwotę wydatku oraz jakość wybranych drobiazgów. Junior wybiera sobie notes w pięknej ozdobnej okładce, Mała życzy miecz, ale drewniany i nie za 30 tylko za 15. Wszyscy zadowoleni.

Z fotografowaniem trochę kiepsko, kiedy deszcz smaga. Ale równie kiepsko jest, kiedy najładniejsze kadry są nie do uchwycenia bez dodatkowych elementów w postaci pana w białym tiszercie opiętym na wydatnym brzuchu, obcego dziecka z lizakiem, czy pani w kapeluszu słomkowym. Z dwojga - wolę zdjęcia w nieco ponurym świetle niż piękny widok zasłonięty w połowie brzuchem pana w tiszercie. Zresztą i tak najważniejsze to, co oczami napatrzymy. Jak nam się zdjęć zachce - jest tego kwiatu po brzegi internetu.

Po takiej rundce - niespiesznej, dociekliwej, pełnej opowieści, z przestrzenią i czasem dla wyobraźni, jakże miło jest na trafić do kawiarenki, w której normalnie w sezonie trzeba stolik rezerwować z uprzedzeniem dobowym, a teraz wchodzimy niezapowiedziani, rozsiadamy się wygodnie i delektujemy najlepszą gorącą czekoladą na świecie.

Gdyby komuś taka wizja turystyki rodzinnej wydała się kuszącą, niechaj tylko sprawdzi zawczasu, czy miejsce, do którego się wybiera jest posezonowo otwarte. Niektóre nie są. Niektóre ograniczają dostępne atrakcje. W niektórych nie ma gorącej czekolady :-) Minimum niezbędnej wiedzy zwykle widać w internecie, a jak nie widać, to po sezonie personel zazwyczaj bardzo chętnie odbiera telefony i udziela szczegółowych informacji.

niedziela, 11 stycznia 2015

Akt I

- Synu, zjesz na kolację makaron? - pytam.

Junior duma. Czekam.

- A z czym? - odzywa się po zadumaniu.

- Z serem i keczupem - rzucam uwzględniając wąskospecjalistyczny gust kulinarny Juniora.

- A to nie - decyduje dziecię.

- A z czym byś zjadł? - drążę zakładając, że Juniorowi nie spodobały się dodatki, natomiast koncepcja makaronu na kolację przejdzie.

Junior duma. Czekam.

- Z czym byś zjadł makaron? - ponawiam pytanie po jakichś dwóch minutach dumania.

- Eeee... w ogóle nie mam ochoty na makaron.

No to jestem w punkcie wyjścia.

- T co byś zjadł? - pytam nieco bezradnie.

Junior duma. Czekam. Nadal duma. Czekam.

W końcu syn mój rzecze:

- A może być makaron?

Aaaaaaaa!!!!!!! - myślę sobie. Ale głośno uprzejmie się odzywam, by nie spłoszyć nagle powstałego apetytu dziecięcia:

- Może być. A z czym byś go zjadł, synku?

- Z serem. I z keczupem.

Kurtyna.

 

Akt II

- Zjesz makaron na kolację, córeczko? - ciągnę ustalenia wieczornego menu.

Mała entuzjastycznie potokiem słów z ust swych:

- Zjem świdelki, taką gólę świdelków, taką o - ilustruje gestem upapranych nie wiadomo czym rąk - I z kecupem, i...

- Nie ma świderków, są rurki - wpadam jej w chwilę, gdy łapie oddech.

- A ja chciałam świdelki! - oburza się księżniczka. - Nie chcę lulek. Mozes mi świdelki zlobić?

- Nie ma świderków, są rurki, już ugotowane, pytam cię tylko, czy je chcesz i z czym.

Mała dąsa się chwilę na mnie, na rurki, na brak świderków i generalnie na świat.

- No to mogą być lulki - zgadza się łaskawie, po czym znów uruchamia słowotok: - Więc poplosę gólę lulek, taką o... I z kecupem tak w kółecko dookoła zlobionym i w ślodku zeby była synecka tak w kółecko na samym ślodecku i na to wsystko jesce selek poklusony taki.

I już. Zamówienie złożone. Kurtyna.

 

Akt III

Robię rurki z serem, keczupem i dla chętnej z szynką.

- Tylko mi szynki nie dodawaj - czujny Junior sprawdza jakość mojej pracy.

- Ale selek to na wieschu ma być, NA syneckę, a nie pod spodem! - zgłasza uwagi Mała.

Stawiam na stole dwa talerze. Na jednym makaron z serem, obok talerza keczup do samodzielnego pociapania wedle ściśle określonych standardów Jego Juniorowości. Na drugim makaron z keczupem tak w kółeczko dookoła zrobionym, w środku szyneczka w kółeczko na samym środeczku i na to wszystko utarty (poklusony) ser.

Oklaski.

niedziela, 21 grudnia 2014

Od miesięcy o nim marzyłam. Nie żebym chodziła dzień w dzień opętana myślą, że go chcę. Tak raczej podskórnie zalęgło się we mnie to marzenie i siedziało sobie, cicho poszeptując od czasu do czasu, jak to byłoby pięknie...

Pewnego dnia przedświątecznego Mąż Mój Ukochany dziobiąc w komputer rzekł:

- A gdybyśmy tak zrobili sobie wspólny prezent świąteczny?...

I na ekranie komputera pokazał mi stół. Szwedzki stół. A nawet dwa - do wyboru.

Koncepcja stołu w prezencie bożonarodzeniowym wzbudziła we mnie taką radość, jaką pamiętam z dzieciństwa, kiedy pod choinką znalazłam lalkę z długimi włosami. Spełnienie marzenia. Marzenia, które nawet nie miało śmiałości stać się chceniem, bo przecież jest tyle innych ważnych i pilnych spraw, przecież stół mamy jakiś, co z tego, że lichy i bez duszy...

Nazajutrz pojechaliśmy je pomacać. Czułam się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Wróciliśmy z kwitem na stół i 4 krzesła i kolejne trzy dni spędziliśmy w oczekiwaniu na materializację zawartości kwitu w naszym skromnym apartmą. Materializacja nastąpiła dziś za pomocą dwóch panów tragających. Zadzyndzolili domofonem, przedstawili się średnio uprzejmym stęknięciem i zaczęli ten nasz stół wymarzony i krzesła w paczkach popakowane targać na trzecie piętro bez windy.

- Wysoko tu - sapnął pan pierwszy składając dwie paki z krzesłami na środku salonu.

"Jakby było nisko, to byśmy sami sobie wnieśli - pomyślałam - a nie płacili stówę za transport". Głośno nie powiedziałam, bo co będę człowieka drażnić. Poza tym empatyczna jestem i współczuję chłopakom ciężkiej pracy fizycznej. Pan pierwszy zawrócił i ruszył po kolejne paczki naszego marzenia. I wtedy nastąpił huk. Charakterystyczny łomot upadającego na schody dużego, ciężkiego, twardego przedmiotu. Naszego stołu.

Nadzieja umiera ostatnia, więc kiedy pan drugi wtargał największą paczkę na nasze trzecie piętro bez windy, MMU rzucił się do niego z nożem. Nie z żądzy mordu. Z potrzeby sprawdzenia, jak się ma nasz wymarzony prezent. Miał się tak, jak można było przypuszczać - nowy piękny blat z jeszcze nowszym i zdecydowanie mniej pięknym wgnieceniem.

Pan pierwszy i drugi zgodnym chórem zarzekali się, że to krzesło upadło, a tak w ogóle to nie upadło, tylko drzwi uderzyły, czy jakoś tak... To jednak nie ma znaczenia, prawda? Widziałam, jak w MMU wzbiera wkurw bardzo przedświąteczny, kiedy podpisywał protokół reklamacyjny. Pan pierwszy z drugim zabrali nasz ranny stół i poszli sobie, a nam na pociechę została paczka ze stołowymi nogami. Oraz cztery krzesła.

Nowy stół ma przyjechać jeszcze raz we wtorek. Czyli zdąży pod choinkę. Nie wiem oczywiście, czy go tym razem panowie tragający znów nie zrzucą ze schodów. Mam jednak nadzieję, że tym razem wpadną na to, że mogą 37 kilogramową pakę wnosić we dwóch, zamiast w pojedynkę. Nadzieja dobra rzecz. I wciąż mogę marzyć, nieprawdaż?

poniedziałek, 08 grudnia 2014

fot. Nikos Koutoulas


Rzecznikowi Praw Dziecka oberwało się w mediach za obronę wiary w świętego Mikołaja. A mi we własnym domu - za wręcz przeciwnie.

Akurat wizytowały nas obydwie babcie - Królowa Matka Moja oraz Teściowa Moja Ukochana, kiedy Mała z nutką sensacji w dźwięcznym głosiku rzekła do nich:

- Święty Mikołaj nie zyje.

Obydwie babcie zamarły w pół do drugiego kawałka sernika. Pierwsza pozbierała się Królowa Matka i ruszyła z wychowawczą krucjatą:

- A kto ci tak powiedział?

- Wiem to - odparła z naciskiem Mała. - Pani w skole mówiła na religii. A prezenty kupują rodzice!

Dla mnie to żadna nowość. Junior przyniósł te rewelacje z lekcji religii już w zeszłym roku. Opowiedział nam historię biskupa Mikołaja, który został świętym a słynął z hojności. Tym samym Junior wraz panią katechetką zakończyli w naszym gospodarstwie domowym epokę zabawy w chowanego wigilijnego. Bo Mała oczywiście słyszała opowieść brata. My zaś puściliśmy tę kwestię na żywioł - skoro dzieckom najwyraźniej koncepcja martwego Mikołaja się podoba, to w porządku.

- Ależ kochanie - prychnęła świętym (nomen-omen) oburzeniem Królowa Matka - pani w szkole może się przecież mylić! Tak się czasem zdarza!

- W podręczniku też o tym było - wtrącił rzeczowo Junior.

Królowa Matka jakoś poszarzała na obliczu.

- Widocznie autor podręcznika nie wierzył w świętego Mikołaja i pani od religii też nie, ale to nie znaczy, że on nie istnieje. Ja wierzę, że istnieje. I wy też możecie - wygłosiła stanowczo. A do zamilkniętej wciąż Teściowej Mojej fuknęła z dezaprobatą: - Co to za szkoła, że się dzieci pozbawia dzieciństwa! Komu to przeszkadza, że wierzą w świętego Mikołaja?! No sama powiedz!

Mnie nie przeszkadza. Ale też nie widzę powodu, żeby na siłę podtrzymywać tę wiarę. Nie ukatrupiłam naiwności swych dzieci w kwestii mikołajowej własnymi rękami, ale skoro już ktoś zrobił to w moim imieniu, mogę wyznać: wolę, żeby moje dzieci wiedziały, że prezenty pod choinką są wyrazem miłości i bliskości członków rodziny, że to rodzice, dziedkowie, ciotki i wujkowie zadają sobie trud wymyślenia, znalezienia i zakupu podarków, które sprawią radość ich bliskim. I robią to zwykle przepełnieni ciepłymi uczuciami - z miłości, a przynajmniej sympatii. Robią to, by te dobre uczucia wyrazić, żeby sprawić innym przyjemność. W ten sposób mogę uczyć dzieci empatii, myślenia i troski o innych. Szczerze mówiąc nie wiem, jaką wartość niesie wiara, że to święty Mikołaj rozdaje świąteczne podarki. Wolę, żeby Junior i Mała wiedzieli, że to nam - rodzicom i dziadkom - zależy na spełnianiu ich marzeń, a nie jakiemuś obcemu facetowi w czerwonym kubraku. Bo to my kochamy nasze dzieci, a nie jakiś - skądinąd sympatyczny - koleś w kominie!

Mówi się, że dzieci nie okazują rodzicom wdzięczności. Jak mają być wdzięczne, skoro przekonuje się je, że to, o czym marzą i co jest dla nich ważne nie przychodzi od rodziców, tylko od Lapończyka hodującego renifery?

Królowa Matka, tak jak Rzecznik Praw Dziecka uważa widocznie, że gdy dzieci przestają wierzyć w świętego Mikołaja, kończy się ich dzieciństwo. Ja znam mnóstwo sposobów na celebrowanie dzieciństwa, które nie mają nic wspólnego z Mikołajem, za to mają wiele wspólnego z czułością, zabawą, wspólnie spędzanym czasem, celebrowaniem radości i prowokowaniem śmiechu. I niech sobie ta rozbieżność koncepcji będzie. Swoje zdanie zaznaczyłam i mi wystarczy, nie będę nikogo przekonywać. Jedyne, co w tej sprawie może naprawdę martwić to fakt, że są ludzie, którym wydaje się, że wiara w świętego Mikołaja i prezent raz w roku WYSTARCZY, by mieć szczęśliwe dzieciństwo.

wtorek, 25 listopada 2014

rys. Smeerch

 

Postanowiłam odrestaurować swoją cielesność. Uznałam, że to najwyższy czas pozbierać do kupki skrzypiący kręgosłup i pozbyć się zasiedziałego od lat bólu w głębi mięśni przeróżnych, bardziej lub mniej spokrewnionych z plecami. Sumienie mi zrzędzi, że powinnam zrobić to już dawno.

- Lepiej późno, niż później - odpowiadam rozmasowując obolały odcinek krzyżowy.

Wykonałam więc rundkę po doktorach i otrzymałam kwity na trzytygodniowe sanatorium z doskoku. Oznacza to, że rano, wyprawiwszy dzieciory w siną dal edukacyjną, pakuję manatki i jadę do Konstancina - Mekki skrzywień i uszczerbków szkieletowych. Na miejscu pobieram kluczyk do szafki, przebieram się w gustowny dresik i przez kolejne godziny poddaję się różnym procedurom, które ponoć uczynią mój kręgosłup jak-nowym. Procedury są z użyciem sprzętu elektrycznego, albo nie, z machaniem odnóżami, albo w leżeniu plackiem, niektóre całkiem przyjemne, inne wymagające wytężenia mięśni. Wytężam więc, macham i pozwalam robić z sobą dziwne rzeczy, a wyobraźnia podsuwa mi obraz mnie samej, smukłej, zwinnej, elastycznej i sprawnej, co daj Boże, by się po tych trzech tygodniach ziściło.

Po kilku godzinach zamrażania, rażenia prądem, leżenia w polu magnetycznym, łomotania ultradźwiękami oraz gimnastyki wracam pędem do domu, żeby w pozostałym kawałku dnia zmieścić wszystko, co zwykle zajmuje mi dzień cały. Ponieważ upchnięcie wszystkiego w tym pozostałym kawałku dnia jest niemożliwe, późną nocą padam na łóżko w stanie głębokiej frustracji oraz poczuciu, że coraz bardziej nie ogarniam. Ale przynajmniej kręgosłup mi zdrowieje. Podobno.

Już na pierwszych zajęciach typu gimnastyka grupowa odkryłam zaskakujący fakt: moje mięśnie brzucha zniknęły!!! Nie ma ich tam, gdzie sądziłam, że są! W żadnym innym punkcie ciała nie zauważyłam obecności zwielokrotnionej masy mięśniowej, więc się nie przeprowadziły, tylko ZNIKNĘŁY! Moje mięśnie brzucha zaginione! Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...!!! To bardzo jest poważna sprawa, nie tylko dlatego, że mięśnie brzucha warto mieć po prostu, ale także ponieważ okazują się one niezwykle istotne dla kręgosłupa, choć położone są po wręcz przeciwnej stronie korpusu. Stwierdziłam również niewystarczającą obecność innych mięśni oraz zaskakująco nieimponującą ruchomość odnóży podczas niektórych ćwiczeń. Krotko i wprost mówiąc - zapuściłam się kondycyjnie i zdrowotnie.

A więc podnoszenie mich prania, noszenie dzieci własnych, nordic walking po supermarketach, wymachy odkurzaczem i inne elementy codziennego treningu żony domowej nie wystarczą, by utrzymać ciało w formie super fit. Przeciwnie - przedsiębrane z codzienną systematycznością, ciało owo doprowadzają na skraj bankructwa zdrowotnego. I nawet mnie to nie zaskakuje, niby to wszystko wiem od dawna, ale wydawało mi się... Właściwie sama nie wiem, co mi się wydawało. Że mnie to nie dotyczy?

Po tygodniu mozolnych wygibań cielesnych mięśnie brzucha oraz inne nieśmiało powracają. Nieufne. Ostrożne. Stawiają warunki i strzelają focha. Ale wracają!

Wniosek mam taki, że jakakolwiek jest nasza życiowa filozofia i realizowana misja z wizją, warto w wartkim nurcie codziennych Bardzo Ważnych Obowiązków znaleźć czas na jakieś fitnesy. Bo ciało niefitnesowane się zużywa i wapnieje - na co dzień niezauważalnie, lecz systematycznie i konsekwentnie. Jak nie słuchamy jego ostrzegawczych szeptów, niepozornych skarg, to w końcu wrzaśnie bólem w plecach, zaskakująco zesztywniałym biodrem czy żenującą zadyszką na pierwszym piętrze schodów.

Spodziewam się, że nikt przed czterdziestką mi nie uwierzy.

sobota, 22 listopada 2014

fot. torbus

 

Pozadomie wciąga. Podczas gdy dzieciory edukują się szkolnie i przedszkolnie, ja zataczam coraz szersze i śmielsze kręgi poza gospodarstwem domowym. Wykluwam się do świata. Taka jest kolej rzeczy - teraz widzę wyraźnie, czuję na własnej skórze i macam własnymi rękami to, co przeczuwałam już dawno: żonodomowość to pewien etap w życiu i jak każdy etap kiedyś się dopełnia, by przejść w kolejny. Myślę z satysfakcją o dziewięciu latach spędzonych w domu, w skupieniu na tym, co domowe, w spełnieniu tym, co macierzyńskie i przedfeministycznie kobiece. Jak bardzo dojrzałam dzięki żonodomowaniu! Jak rozkwitłam w sobie w środku, ileż siły zyskałam, ile świadomości siebie, odwagi! Oto owoce "siedzenia w domu z dziećmi". Codziennie na nowo zachwyca mnie to, z jakim bogactwem doświadczenia, uczuć, myśli, z jakim bogactwem siebie wchodzę w ten kolejny etap życia - żony okołodomowej. Z tobołkiem pełnym takich mocy mogę ruszać tam, dokąd wcześniej, przed żonodomowaniem, nie miałam odwagi. Za te moce, zgromadzone mimochodem przez ostatnie 9 lat jestem stokrotnie wdzięczna. Dziękuję więc: sobie za to, że zdecydowałam się zostać żoną domową wbrew krzywdzącym stereotypom, krytycznym ocenom tych i owych, bo dzięki tej decyzji przeżyłam najbardziej rozwijający (może poza niemowlęctwem) okres w moim życiu; Mężowi Mojemu Ukochanemu - za to, że wziął na siebie cały ciężar finansowania naszego gospodarstwa domowego, zgadzając się oddać mi całość spraw dzieckowo-domowych, wspierał mnie i dawał się wspierać, żył ze mną w harmonii tworząc zupełnie niemodny model rodziny. I moim dzieciorom - za niezwykłe, poruszające, niepowtarzalnie rozwijające doświadczenie macierzyństwa, codziennego życia z nimi. I jeszcze - wszystkim nam - za to, że wszystko to trwa, pozostaje, kwitnie, jednocześnie otwierając się na zmiany.

Wygląda jak pożegnanie? Przyznam - myślałam o tym, by zakończyć blog żonodomowy. Trochę on przygasł, odkąd poświęcam sporo czasu i uwagi bywaniu i pisaniu gdzie indziej. Ale nie, to jeszcze nie koniec. Rzadziej i z doskoku, ale mam jeszcze coś do o-powiedzenia. Żonodomowość we mnie pozostała i tkwi - jako sposób patrzenia na świat, rodzaj wrażliwości, alergia na stereotypy i nawyk ich podważania. Po głębszym zastanowieniu podtrzymuję swoje prawo i intencję wyrażania się jako Żona Domowa.

A zatem... ciąg dalszy następuje :-)

wtorek, 11 listopada 2014

fot. Marcin Mastykarz

 

Sto pięćdziesiąt tysięcy kolorowych żaróweczek w jednym miejscu, w dodatku ułożonych w labirynt konstrukcji jak z Alicji w Krainie Czarów. Do tego coś o tajemniczej nazwie: mapping. Takie atrakcje zafundowaliśmy sobie rodzinnie w długi, upalny listopadowy weekend. Zamiast marszu niepodległości.

Do Labiryntu Światła wybieraliśmy się bezskutecznie w ubiegłym roku oraz dwa lata temu. Bezskuteczność wynikała z zasmarkanych wiecznie nosów moich dzieciorów. Tym razem, ponieważ jesień mamy upalną, zasmarkanie do nosów jeszcze do nas nie dotarło, co skwapliwie i czym prędzej wykorzystaliśmy. Warto było - labirynt jest imponujący, kolorowością swą oczadzający, dzieciory zachwycający, a dorosłym pozwalający poczuć się przez chwilę mniej dorosłymi. Kto go jeszcze nie widział - polecam nie odkładać na później, bo organizatorzy twierdzą, że to już ostatni rok tej ekspozycji. Swoją drogą ciekawe, co planują na kolejne zimy...

Labirynt świateł znajduje się w ogrodzie Pałacu w Wilanowie, można się w nim zagubiać do 15 marca codziennie od 16:00 do 21:00. Wstęp kosztuje 10 zł, ulgowy 5 zł, dzieci do 7 lat wchodzą na piękne oczy. Bilety można kupować w kasie w Żółtym Domku, ale też w automatach przy wejściu do ogrodu.

 

fot. Marcin Mastykarz

 

Zanim zagłębiliśmy się w labirynt 150 tysięcy kolorowych lampek, był mapping. Co to jest mapping, to ja może zacytuję z materiałów prasowych organizatora: "To trójwymiarowy pokaz łączący światło, obraz i dźwięk. Jest wyświetlany na fasadzie pałacu wilanowskiego i wykorzystuje jego elementy architektoniczne do stworzenia iluzji ożywionego budynku. Podczas mappingów w oknach pałacowych pojawiają się król Jan III i królowa Marysieńka, widzowie są świadkami m.in. wjazdu orszaku oraz pokazu tańców dworskich". W oknach pałacowych pojawiał się również wirtualny rudy kot oraz fretka, czy inne podobne futerkowe, co wywołało wybuch radości u Małej - wielkiej wielbicielki wszelkiego futra ożywionego. Mała podskakując nieco nadwerężyła kręgosłup Męża Mego Ukochanego, na którym to siedziała, żeby podziwiać spektakl z wysoka, bo z poziomu własnego wzrostu niewiele by podziwiła. Gdyby więc kto się wybierał, niech koniecznie zabierze ze sobą jakiegoś barana, czyli ochotnika do wzięcia sobie dzieciny drobniejszej na ramiona. Dzieciny większe, na barana się nie kwalifikujące, zobaczą sporo, choć gdyby kto przytargał turystyczny stołeczek, to z pewnością dzieciny starsze wdzięczne będą. Spektakl mappingowy ogląda się bowiem z poziomu królewskiego trawnika, wraz z tłumem innych oglądających, różnego wzrostu.

 fot. Marcin Mastykarz

 

My załapaliśmy się na wyjątkowy mapping niepodległościowy gratis. Kolejne mappingi zapowiadane są od grudnia do marca, mają być pokazywane w każdą sobotę o 17.30, 18.30, 19.30, 20.30. Będzie trzeba zapłacić za wstęp 10 zł (ulgowy 5 zł, dzieci do 7 lat darmo). Ale też i będzie ku temu dodatkowy powód i od razu zapowiadam, że się wybieram. Otóż od 6 grudnia na dziedzińcu pałacowym stanie jeszcze jedna świetlna instalacja, a do pałacu wieść będzie Promenada Światła. Promenada Światła i Złoty Dziedziniec będzie można podziwiać codziennie do 15 marca od 16:00 do 21:00. 

wtorek, 21 października 2014

Przyjechali moi Teściowie Ukochani do nas na przetwarzanie. Wczoraj przetworzyliśmy 10 kilo buraków, a dziś kuchnia upaprana jest dżemem dyniowo-pomarańczowym. Mamy jeszcze w planie suszenie jabłek, których wielką obfitość otrzymałam w darze od dalekiego i zupełnie mi nie znanego krewnego. Doświadczeniem przetwórczym, jak co roku, tak i teraz się dzielę.

Najpierw kampania buraczana. Okazuje się, że burak burakowi nierówny i do przetworzenia lepsze są buraki podłużne niż kulkowate. Podłużne buraki to osobny gatunek, a nie aberracja kulkowatych. Na bazarku w moim podwarszawiu udało mi się takie kupić. Teściowa przywiozła swój przepis i przystąpiłyśmy do przetwórczości. Przepis taki:

6 kg buraków ugotować i obrać ze skóry. Zetrzeć na tarce o grubych oczkach podobnie potraktować 6 średnich cebul i 6 ząbków czosnku. Posolić (3 łyżki), wymiąchać. Teraz sporządzamy zalewę:

6 szklanek wody + 2 szklanki cukru + 1,5 szklanki octu + po 10: ziarenek pieprzu czarnego, ziela angielskiego, liści laurowych, goździków. Wszystko razem gotujemy 5 minut i gorącą miksturą zalewamy wyżej starte buraki. 2-3 godziny odpoczywamy, a jeśli my nie możemy, to przynajmniej niech zalane buraki odpoczną. Po tym czasie oddzielamy ziarno od plew, czyli wiórki buraczane od zalewy, czyli odcedzamy. Odcedzone buraki ładujemy w słoiki i pasteryzujemy. Odcedzonej zalewy broń Boże nie wylewamy, tylko pakujemy w inne słoiki i również pasteryzujemy. Tym sposobem mamy na całą zimę surówkę buraczaną oraz barszcz.

 

Teraz dżem z dyni i pomarańczy. Na tę okoliczność wybieramy najpierw odpowiednią dynię. Polecam gatunek o wdzięcznej nazwie Bambino. Bo jak z burakami, tak i z dyniami - jedna drugiej nierówna. Dynię kupuję wielką, taką 7-8 kilo. Obieram ze skóry, kroję w kostkę, wrzucam do gara, a właściwie dwóch, bo w jednym mi się nie mieści. Dolewam wody - 1-2 szklanki i gotuję, aż się dynia rozciapie na papkę. Do takiej paćki dyniowej dodaję 1 kg cukru. W przepisie jest więcej, ale na mój gust wystarcza. Jak kto lubi bardziej słodko, to niech sobie nie żałuje. Używam cukru brązowego, bo mówią, że zdrowszy, niż biały. Do tego dodaję 3 pomarańcze, przygotowane następująco: sparzyć wrzątkiem, przepuścić przez maszynkę do mielenia mięsa (cale, włącznie ze skórą). I jeszcze 2-3 cytryny: sparzyć, skórkę zetrzeć na drobnej tarce, z reszty owocu wycisnąć sok, otartą skórkę oraz sok dodać do paćki dyniowo-pomarańczowej. Doprawiam to wszystko imbirem w proszku - 2-3 łyżeczki. Tym razem chyba mi się sypnęło z czubkiem, bo wyszedł dżemik dość pikantny. Co nie zmienia faktu, że pyszny. Tak sporządzoną paćkę dżemową porcjami blenduję, po czym pakuję w słoiki i pasteryzuję przez 5-10 minut.

Na deser przetwarzania wszystkie słoiki oklejam własnoręcznie wydrukowanymi etykietkami. Etykietki przyklejam na mleko (tak, maczam w normalnym krowim mleku i naklejam na słoiki, wygładzam do suchości czystą ściereczką) - świetnie się trzymają, a po skonsumowaniu zawartości słoika idealnie odklejają pod wpływem wody.

Dzięki wielkiej aktywności Moich Teściów proces przetwórczy trwał dwa dni, a nie dwadzieścia, za co kłaniam im się wdzięcznie w pas.

niedziela, 19 października 2014

Pięć dni temu zmieniłam fryzurę. Bardzo. Z długich blond zrobiłam krótki melanż. Dziś Mała rzekła patrząc mi bardzo w oczy podczas swej kąpieli:

- Wies mamo, ja to wolę, jak się zecy nie zmieniają, tylko są takie same.

- ??? - zdziwiłam się oczami, sercem zaś zaniepokoiłam, bo minka Małej stawała się coraz bardziej zafrasowana.

- Bo jak się zecy zmieniają, to się musę długo psyzwycajać. I wolę, jak się nic nie zmienia.

- A jaką zmianę masz na myśli córeczko?

- Nooo... Twoje włosy. Bo ja się nie mogę oswoić, jak patsę na ciebie - westchnęło moje dziewczątko.

Oj. I co na takie dictum ma odpowiedzieć mądra matka? Nie wiem, co mądra matka, powiedzieć powinna, ale mogę ujawnić, co powiedziałam ja:

- Wiesz córeczko, czasami taka duża zmiana jest potrzebna i dobra. Myślę, że ostatnio trochę zapomniałam, jaka jestem wspaniała, a teraz, za każdym razem kiedy spoglądam w lustro, widzę moją nową fryzurę, która mi o tym przypomina. Ale kiedy popatrzysz w moje oczy, to zobaczysz tam tę samą miłość, co przedtem.

Mała zajrzała mi za okulary i chyba faktycznie dostrzegła tam starą, oswojoną moją miłość, bo dostałam od niej promienny uśmiech i mocnego uściska.

00:07, walentyna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 października 2014

 

W związku z piękną złotą jesienią umyśliliśmy niedzielną wycieczkę w dwie rodziny. Jedna rodzina nasza, druga naszych Przyjaciół w podobnym dzieciowym składzie wiekowym oraz z psem. Plan wyglądał bardzo zachęcająco jeszcze w sobotę wieczorem, kiedy Polacy wygrywali 2:0 z Niemcami.

Niedzielnym rankiem jesień nam się nagle odzłociła i przyoblekła w jakąś taką półprzytomność mgielną. Przyjaciele nasi popadli w gorączki, bóle gardła i migreny tak, że zdrowy ostał się ino pies. Nasze dzieciory natomiast od rana szły ze sobą na kolizyjną. Mimo tak nagłego zwrotu okoliczności, postanowiliśmy wycieczkę zrealizować, mając nadzieję, że nie będzie padać oraz że tlen atmosferyczny podziała kojąco na charaktery naszego potomstwa. Szykując się do wyjścia powarkiwaliśmy wszyscy na wszystkich w tę i z powrotem, awantura wisiała w powietrzu jako ta mglistość za oknem. W końcu jednak upakowaliśmy się do samochodu i obyło się bez ofiar. A dalej poszło już pięknie, o czym uprzejmie donoszę. Gdyby kto chciał pomysł na wycieczkę wykorzystać, to zachęcam.

Pojechaliśmy do miejscowości Gassy, nad Wisłą niedaleko Konstancina-Jeziorny. Obiło mi się bowiem o oczy lub uszy, że uruchomiono tam przeprawę promową przez Wisłę, która sama w sobie, nawet pomijając piękność pejzaży okolicznych, jest atrakcją dla niedzielnych wycieczkowiczów. I owszem, prom, czy raczej promik, kursuje przewożąc przez Wisłę pieszych, samochody (niewiele) oraz całe stada rowerzystów. Przeprawiliśmy się i my, a przeprawiwszy wylądowaliśmy w Karczewie, którego nie zaszczyciliśmy jednak większą uwagą, bo naszym celem był pobliski Mazowiecki Park Krajobrazowy.

 

Do lasu dojechaliśmy, jak nam GPS pokazał, może nie dokładnie tak, jak sobie to poprzedniego wieczora wymyśliłam, ale też nieźle. Porzuciwszy nasz samochód na skraju drzewostanu, dalej ruszyliśmy pieszo. Las piękny, jesiennie kolorowy, nieco przymglony, co nam zupełnie nie przeszkadzało, tylko zdjęcia wyszły badziewne. Tlen atmosferyczny w urzekająco pachnącym gatunku! Okoliczności przyrodnicze balsamem kładące się na duszy! Junior w pełni szczerbatego uśmiechu wymachujący kijem i gadający coś o mieczach. Tylko Mała trochę jęczała, czy daleko jesce, ale dała radę.

 

 

Po 2,5 km dotarliśmy do Bazy Torfy, niestety już zamkniętej - spóźniliśmy się o tydzień. Przytargany na moich plecach prowiant zjedliśmy więc sobie pod leśną wiatą.

 

Posilone prowiantem dzieciory objawiły przypływ energii, Mała przestała jęczeć, więc ruszyliśmy dalej, do Rezerwatu Jezioro Torfy (kolejny kilometr). Nieduże to jeziorko, powstałe w miejscu, gdzie przed II wojną wydobywano torf, teraz jest uroczym zakątkiem ciszy i pejzażu do podziwiania.

 

Droga powrotna do samochodu, jakieś 1,5 km, poszła nam nadspodziewanie sprawnie i ochoczo. Może dlatego, że MMU wziął od Małej jej plecak i odciążone dziewczę maszerowało znacznie chętniej. Żeby nie było - do noszenia plecaka nikt Małej nie namawiał, wręcz przeciwnie - odradzałam. Ale się dziecina uparła i upchała w bagażu trzy pluszaki, piłenię, część rodziny petszopów i Bóg wie, co jeszcze. Oraz zebrane po drodze "ordery".

 

5 kilometrów, 4 godziny nieśpiesznego spaceru z popasem. Idealna wycieczka na dzień, kiedy wstaje się niezbyt skoroświt, a raczej niemrawo.

 

Przy okazji rozejrzawszy się po okolicach donoszę, że tereny nadwiślane, zarówno prawo, jak i lewobrzeżne, prezentują nader obiecujący potencjał rowerowy. Zamierzam go wykorzystać razem z Juniorem, jak tylko granica naszej rowerowej wytrzymałości przesunie się nieco powyżej 20 km.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
Juniorowo.pl