Blog > Komentarze do wpisu

Cumulacja

Veni pisze, że ma kumulację biurową. I że może też by w totka. Bardzo inspirująco i malowniczo. Ja mam to samo w wersji na kurnik. 3.0. Specyfikacja z 24 godzin poniżej.

Pada śnieg a wiatr podwiewa go pod fartuszki moim oknom wdachowym. Tam sobie śnieg topnieje, po czym wlewa się burymi strużkami do sypialni, zostawiając doskonale widoczny wzorek na niedawno pomalowanych ścianach. Niedawno i własnoręcznie przeze mnie. Do dziś w krzyżu czuję, że mam świeżo malowane. A teraz mam świeżo malowane z jeszcze świeższym ornamentem w zaciek. Przezorna byłam więc farba jest zmywalna. Ale zacieki nie. Pan fachowiec od okien, może przyjść dopiero w przyszłym tygodniu, bo teraz to on w Łodzi na targach rezyduje. A kolegi żadnego tutaj nie ma, co by go zastąpił, bo firma ogranicza zatrudnienie. Przez najbliższe dni mogę więc siąść i płakać razem z moimi oknami. I planować malowanie poddasza na wiosnę.

Przedszkolak w ramach solidarności z materią nieożywioną ma wyciek z nosa. Katar czyli. Do fabryki z katarem nie pójdzie, więc muszę z dostępnych a akceptowanych przez niego produktów wyczarować jakiś obiad. Tak w ogóle to obiad codziennie robię, tyle że Mała zeżre wszystko, więc nie muszę się jakoś specjalnie namyślać. A Przedszkolak je tylko to, co lubi, a lubi niewiele. Oprócz nagłej konieczności dostosowania planow obiadowych do wybrednego gustu mojego dziecia, mam też dodatkową atrakcję w postaci zgłaszanych z częstotliwością co 10 sekund potrzeb pilnych, zapytań ważkich, wymagań kategorycznych, oczekiwań niecierpiących zwłoki, postulatów i pomysłów nie z tej ziemi.

Mała dorwała się przed obiadem do utartej marchewki. Wyżerała garściami, żeby jak najwięcej zanim ktoś ją na tym przyłapie. Efekty: bluzeczka po łokcie upaprana marchewką, która się nie spiera żadnym detergentem, Mała ożarta marchewką po korek, więc już obiadu nie tknie, marchewka, co miała być do obiadu dla wszystkich, została pożarta niemal do nicości - dla Przedszkolaka jeszcze jakieś resztki wyskrobałam, ale dla siebie otworzę chyba słoik ogórków...

Przedszkolak włączył płytę Gawędy. Nie mam nic przeciwko, lubię nawet. Tylko piosenka o Korczaku rozwala mnie emocjonalnie. No i mam duszę sponiewieraną do wieczora.

Żelazko zdechło. Dobre było, Rowenta, bardzo poważana przez moją Rodzicielkę. Nawet nie bardzo wiekowe - dwa lata najwyżej. Nie wytrzymało starcia ze składem chemicznym naszej wody z kranu i zarosło kamieniem na śmierć. Drugie, jakie mamy "na wszelki wypadek" okazuje się przyprawia korki elektryczne o spontaniczne wyskoki. Dokonałam więc naprędce wykopalisk archeologicznych w schowku na różne graty i wygrzebałam antycznego Philipsa, co to jeszcze pamięta czasy, kiedy MMU i ja prowadziliśmy osobne gospodarstwa domowe. Ma co prawda rozbebeszony nieco kabel i niesprawny jakiś guzik, ale nadal prasuje.

Sąsiad zademonstrował mi zaciek na swojej ścianie. Ale nie w ramach sąsiedzkiej empatii do moich własnych wykwitów ściennych lecz w związku z podejrzeniem, że to ja go zalewam. Nie wiem, czym i jak, bo nad pokojem jego dziecia to ja mam akurat wspomniany schowek na graty przeróżne. Ale coś zadziałac w sprawie trzeba. Czeka mnie wytarganie ze schowka owych gratów, których liczba nie cztery, nie czterdzieści cztery, lecz raczej czterysta czterdzieści i cztery. Z kronikarskiej skrupulatności nadmienię, że do schowka wchodzi się w pozycji zgiętej w pasie w głęboki pokłon lub na kolanach. Mój kręgosłup już się cieszy.

Zima jest to w domu jest zimno. Na rozgrzewkę zrobiłam sobie gorący napój imbirowy z miodkiem i cytryną. Potem Mała zażądała "na sedes", potem Przedszkolak zapotrzebował pić, potem trzeba było podwieczorek sporządzić, potem wymienić zasieki przeciwzaciekowe z chusteczek powtykanych w szpary okien, potem zbudować miasto z geo-magu... A kiedy mój napój znów napatoczył mi się na linię wzroku, był już raczej orzeźwiający niż rozgrzewający.

Teraz pointa: 

 Mała woła siedząc na kiblu:

- Maaaamoooo! - daje ile pary w płucach, chociaż stoję tuż obok niej i pilnuję, żeby na łeb nie spadła.

- Co? - odpowiadam uprzejmie.

- Gdzieeee jeeeesteeeeś? - drze się nadal entuzjastycznie.

- Tutaj, obok ciebie.

- W kosmosieeeee?

- Tak, w kosmosie - przytakuję odruchowo i bezmyślnie.

- Nie - stwierdza rzeczowym i stanowczym tonem moje młodsze dziecię - jesteś w niebie.

No pewnie. W siódmym!

 

PS.

Mała obiad jednak pochłonęła. Nie wiem, gdzie ona to wszystko mieści.

czwartek, 16 lutego 2012, walentyna

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/02/16 22:45:35
chłe chłe chłe. welcome to the real world. Też połknęłaś nie tą pigułkę, co trza było, jak widzę :) Zdrowia tym, którym trzeba oraz cierpliwości takoż ;)
-
2012/02/17 09:09:14
Albo przecięłam czerwony kabelek zamiast niebieskiego. I dziś śniły mi się brunatne zacieki w całej chałupie.