Blog > Komentarze do wpisu

Ale czy...


Będzie znowu o rosole. To zadziwiające, jak niewyczerpanym źródłem inspiracji może być zwykły wywar z warzyw i mięcha.

Przedszkolak chory, więc pracowicie przyrządzane przeze mnie posiłki przegrzebuje jeszcze bardziej niż zwykle. Siedzi przy stole z miną męczennika za wiarę w wolność od jedzenia. W głębokiej zadumie robi łyżką fale na coraz zimniejszym rosole. Mnie od samego patrzenia na niego wzbiera ciśnienie śródczaszkowe, ale bardzo się staram chorego dziecięcia nie napadać.

- Mamo - odzywa się w końcu wystudiowanym słabowitym głosem - a co to za paprochy tu pływają? Okropne! Przecież wiesz, że nie lubię.

Oczywiście, wiem, że rosół musi być jak kryształ z górskiej krynicy dziewiczych rejonów puszczy amazońskiej tchnieniem ludzkim nietkniętych. Paprochy won! Dlatego synu mojemu rosół nalewam na talerz przez sitko. Zawsze.

- Przesitkowałaś mi? - pyta groźnie, a niebieściutkie oczęta świdrują mnie oskarżycielsko.

- Oczywiście, że przesitkowałam - przyjmuję atak z godnością i spokojem.

Chwila namysłu.

Pięć rosołowych fal później:

- Ale czy przez najdrobniejsze sitko?

- Tak, przez najdrobniejsze.

Kolejna chwila zadumy. Rosół o kilka stopni zimniejszy.

- Ale czy przez duże, czy małe?

- Przez małe.

Przedszkolak trawi. Bynajmniej nie zawartość swojego talerza, lecz pozyskane informacje.

- Ale nie przez to, co się stawia i zahacza?

- Nie, nie przez to.

- Tylko przez to, co się trzyma w ręce?

Czuję, jak w mojej gardzieli wzbiera gulgot i za chwilę z siłą wulkanu się ujawni i szlag trafi moje postanowienie bycia wyrozumiałą matką dla chorych dzieci własnych. Ostatkiem sił cedzę przez zęby:

- Przesitkowałam-przez-najmniejsze-sitko-najgęściejsze-jakie-mamy-w-domu-plastikowe-które-się-trzyma-w-ręce. Jedz wreszie ten rosół!

Przedszkolak popatrzył niewzruszony i niezupełnie przekonany. Miotnęłam się więc w kierunku zmywarki, otworzyłam w połowie mycia, zanurzyłam górne pół siebie w kłęby buchającej pary i wygrzebawszy rzeczone sitko położyłam je na stole, centralnie in front od Przedszkolaka. W ten sposób udowodniłam ostatecznie swą niewinność.

- To poproszę o słomkę - rzekł łaskawie Przedszkolak, po czym przez tęże słomkę wysączył zimny rosół.

czwartek, 23 lutego 2012, walentyna

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/02/23 14:10:33
ha ha :))
-
2012/02/26 23:39:18
aż się na głos zaśmiałam:)) i naprawdę podziwiam Twoją anielską cierpliwość...
Aha - zamiłowanie do rosołu bez paprochów nie mija z wiekiem:((
-
2012/02/27 10:47:25
Wiecie co, teraz to i ja się śmieję, ale w trakcie akcji mało mnie gulgot gardzieli nie udusił.
-
2012/02/27 22:11:19
i tak jesteś wielka! a już sięgnięcie do zmywarki po DOWÓD rzeczowy to absolutnie pod pokojowego Nobelka się pisze - masz mój głos:))
-
2012/02/28 12:30:55
Szansę na pokojowego Nobla na ten rok zaprzepaściłam dzisiejszego poranka, kiedy to Przedszkolak robił wszystko, żeby opóźnić wyjście do fabryki a przy okazji wywołać awanturę, coby samemu sobie mimochodem emocji upuścić. Poooooooszło.